Szukaj na tym blogu

piątek, 29 sierpnia 2025

Żeby życie było znośne


"Chwilami życie bywa znośne" napisała moja ulubiona poetka, ale o tę znośość trzeba się postarać, więc się staram. Nie wszystkim podoba się moja metoda, bo ich zdaniem zbyt dziwaczna. P
rzyjaciółka  zaniepokojona moim wycofaniem zastanawiała się, czy nie mam depresji, bo teraz każdy smutek, dyskomfort, niezadowolenie, to od razu depresja. A mnie jest tylko smutno, że coraz mniej podoba mi się otaczający mnie świat. No nie podoba mi się, więc chronię się w kokonie swojej codzienności, bo tam jest bezpiecznie, tam mam parę powodów do radości. Korzystam z rady mojego ulubionego smutasa i trzymam się swoich chmur, mieszkam tam, a tu, czyli w ogólnie pojętym świecie, tylko bywam. Potrzebuję skupienia się na sobie, zamyślenia, grzebania we wspomnieniach i obłaskawiania bólu przemijania. 

Śmierć kilku bliskich mi osób zostawiła ostatnio w moim sercu smutek i kołaczące się z tyłu głowy pytania: kto następny i ile mam jeszcze czasu zanim też będę tylko wspomnieniem. Egzystencjalne smutki trudno odgonić, gdy jest się po okresie gwarancji i kończy się przydatność do życia. 

Kiedyś często słyszałam, że mam dobrze, bo potrafię się nie przejmować i cieszę się byle czym. A prawda była taka, że nie miałam i nie mam lepiej niż inni. Ja tylko staram się nie celebrować problemów i nie prognozować przyszłych kłopotów, czy niepowodzeń. Różnie mi te starania wychodzą, ale za przestrogę pamiętam, że jak ktoś chce się martwić, to zawsze znajdzie powód.  Wolę być zadowolona, więc częściej patrzę na to co mam niż na to czego mi brakuje. Niestety, im jestem starsza tym bardziej muszę się starać, żeby doskoczyć do zadowolenia z życia, a tu kolanka już nie te i coraz trudniej przychodzi każdy wysiłek, ten psychiczny także. Mój ciężko wypracowany optymizmu wlazł w kąt, za to melancholia ciągle łazi za mną po chałupie. 

Dlatego muszę wybierać tylko to co daje mi radość i tak właśnie robię. Zgadzam się z tezą, że większość ludzi ma tyle szczęścia na ile sobie pozwoli. Nie mam zbyt dużych oczekiwań, bo szczęście łatwiej przychodzi w postaci małych rzeczy. Mam swoje niebo z widokiem na raj i tego się trzymam. 

Coraz częściej wystarczam sama sobie, a kiedyś do poczucia szczęścia niezbedni byli mi inni ludzie. Tak sobie myślę, że może wracam do korzeni, bo w dzieciństwie zachowywałam się podobnie tylko z tą różnicą, że wtedy czułam się wyobcowana, a teraz to mój świadomy wybór. Nie zmieniło się tylko to, że dalej lubię przyglądać się innym ludziom, ale już z pewnego oddalenia. Nie wykluczam, że to zamykanie się na innych to oznaka starości, ale bardziej stawiam na dojrzałość i znajomość swoich potrzeb. 

Ostatnio byłam na spotkaniu koleżeńskim i wróciłam z niego tak wymaglowana, że straciłam chęci do kontynuacji tych spotkań. Dowiedziałam się, że coś powinnam, czegoś nie powinnam i że znowu jestem za chuda, a to bardzo niedobrze w moim wieku. Aż dziwne, że koleżanki nie postawiły mnie do kąta. Co jest z tymi ludźmi, że tak chętnie i z dobrej woli dają innym recepty na życie, chociaż nie potrafią  zająć się swoim? Mam taką tezę, że niektórzy wraz z wiekiem całkiem bezpodstawnie uzurpują sobie prawo do nieomylności i naprawiania innych choćby młotkiem. Kończę ten wpis, bo też zaczynam gdakać, a nie powinnam sama robić tego, czego nie lubię u innych. 

Na koniec kilka moich zdjęć i piosenki, które współgrają z moją duszą. 

W środku miasta, nad rzeczką mieszka  potworek.




Patrzenie na niebo nigdy mi się nie nudzi.





I na dzisiaj to byłoby na tyle.

5 komentarzy:

  1. Wszyscy żyjmy w swoich bańkach. Są one z różnej materii utkane, czasem tylko z roszczeń, iluzji i bólu niespełnienia. Wiesz, ostatnio przyszła do mnie moja czytelniczka, młoda 3Oparoletnia. I mówi, że co nie sięgnie po książkę, to tam jakieś nieszczęścia i cierpienia. Pewnie po to, by mi przypomnieć, jakie mam dobre życie- mówi.
    A jeśli po to, by ci pokazać jakie jest naprawdę twoje życie?- pomyślałam...

    OdpowiedzUsuń
  2. Coraz trudniej pielęgnować swój optymizm. Doświadczam podobnych zawirowań…

    OdpowiedzUsuń
  3. Basiu, jakze sie Twoj wpis zbiegl w czasie z moim spotkaniem z moimi kolezankami z dawnej klasy... I choc nikt mi nie dawal rad " doustnie" to " domyslnie" huczaly w moich uszach az milo :)) Tak sobie siedzialam tam z nimi, sluchalam ich paplania i planow na spotkanie klasowe i tak w duchu sobie myslalam : " ale po co? Po co ten caly wysilek sciagania 40-tu ludzi w jedno miejsce , na jeden wieczor, po co nam to? Przeciez mnie z tymi ludzmi juz absolutnie NIC nie laczy, nie biore udzialu w ich zyciu a oni w moim, nie mam na to ani czasu, ani checi , ani sil , ani fizycznej mozliwosci ( dystans geograficzny) a prawdziwy kontakt zachowalam moze z dwoma, trzema osobami z dawnej klasy - i z nimi fajnie sie spotkac , pisac, trzymac te wiez, ale czy ja naprawde chce widziec ich wszystkich po tylu latach? Wiem doskonale, ze po tym spotkaniu rozjedziemy sie do swoich domow, do innych krajow, do swoich malych swiatkow, i zadne wspomnienia sprzed 30-tu lat nie sa w stanie nas na nowo zwiazac. Kiedys wiazala nas mocno klasowka z polaka czy tez loteria na gegrze, kto tym razem padnie ofiara naszej profesorki , ale dzis ??? Hmmm , czas nabral innego wymiaru to fakt. Teraz szkoda go na paplanie o niczym , a nie daj co na udawanie, ze poglady kolezanki naprzeciwko sa mi bliskie , kiedy dla mnie swiadcza o jej politycznej glupocie badz ograniczeniu umyslowym , no coz , do przewidzenia bedzie to, ze bedziemy tym mocno podzieleni. Niepotrzebne mi to . Ja nie wrocilam ze spotkania wymaglowana, ale dziwnie smutno-spokojna ... To se ne wrati pane Havranek! Kitty

    OdpowiedzUsuń
  4. I ja, Basiu, dostrzegłam podobieństwo do tego, co sama ostatnio przeżywam. Mocno jestem teraz "do środka", do wewnątrz siebie. Na oddziale, gdzie się teraz leczę, część osób dyskutuje, gdzie w okolicy koncert, gdzie impreza, gdzie potańcówka, a mnie to jakoś mocno zobojętniało. Dziesięć, piętnaście lat temu nie trzeba byłoby mnie namawiać... Jak napisałaś, coraz bardziej wystarczam sama sobie.
    Wczoraj poczułam chęć wyjścia do ludzi, tańca, radości, rozrywki. Wybrałam się z koleżanką na rynek naszego miasta... i co? Koleżanka niczym nowym mnie nie zaskoczyła, ani zapewne ja jej, wszystkie tematy już chyba przegadałyśmy. Pozwoliłyśmy sobie na dwa piwa, potańczyłyśmy, ile dusza zapragnie - a dziś cały dzień boli mnie głowa, a prawa noga usiana jest wybroczynami od popękanych naczynek krwionośnych. Chyba nawet mam lekką gorączkę.
    Ot, co.
    Pozdrawiam ciepło pomimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. To takie "moje", że dawniej było ze mną podobnie jak dziś, lecz przeżywałam to negatywnie. Dziś bycie samą mnie nie boli, wręcz tego potrzebuję: spokoju i wytchnienia od rozmów o niczym.

      Usuń