piątek, 11 czerwca 2021

Dziewice konsekrowane i mój wredny mąż

Przy śniadaniu zahaczyłam o internet, chociaż miałam się trzymać od niego z daleka. Cóż, bywam niekonsekwentna, bo nie łatwo uciec od sieci. Weszłam na Onet.pl, bo na tym portalu można przeczytać ciekawe artykuły z dziedziny historii. Jako że interesuję się historią, to czasami tam zaglądam. Bez czytania pominęłam wszystkie informacje covidowe i polityczne horrory, ale rzucił mi się w oczy taki tytuł.

Trzy kobiety złożyły w archikatedrze warszawskiej ślub czystości

- No nie - jęknęłam po przeczytaniu tekstu. 

- Co się stało, znowu serce cię boli - zaniepokoił się książę małżonek, który ma już powyżej uszu moich problemów zdrowotnych.

- Nie. Przeczytałam właśnie artykuł o dziewicach konsekrowanych i tak sobie myślę...

- Co to znaczy "dziewice konsekrowane"? - przerwał mi.

- To takie kobiety, które nie wstępują do zakonu, ale ślubują dziewictwo i służenie Kościołowi.

- Nie rozumiem.

- No jakby ci to wytłumaczyć, to takie świeckie zakonnice. Te kobiety nie idą do klasztoru, ale nie wychodzą za mąż i ofiarują swoje dziewictwo Chrystusowi.

- Do czego Chrystusowi jest potrzebny kawałek kobiecej błony z okolic intymnych? 

- No właśnie tego nie wiem. Rozumiem, że ktoś chce służyć Bogu i Kościołowi, ale tego dziewictwa, to już nie ogarniam - wyjaśniłam zgodnie z prawdą. 

- Może one straciły już nadzieję, że ktoś inny chciałby wziąć to ich dziewictwo, więc rzutem na taśmę wpychają je Chrystusowi... w jakim one są wieku?

- No zobacz, to młode dziewczyny.

Mąż zerknął do mojego laptopa i pokręcił z niedowierzaniem głową. 

- Myślałem, że to jakieś stare baby, bo w Kościele pełno starych dziadów, ale tych młodych dziewczyn to już zupełnie nie rozumiem. O, ta jedna to tak się ofiarowała, że nawet obrus sobie na głowę założyła - powiedział pokazując palcem jedną z dziewczyn.

- Ty, a dlaczego myślisz, że tylko stare baby mogą mieć takie pomysły na życie? - spytałam z lekka urażona tymi starymi babami.

- Jak to dlaczego? Trudno o chętnego na starą dziewicę, ale Chrystus jest miłosierny, więc nie może takiej dziewicy odtrącić. 

No, to jest jakiś argument.  Jednak ja dalej nie rozumiem, co niby  takiego świętego jest w tej czystości. Sama jestem trochę jak ta zakonnica, bo od prawie 45 lat mam jednego oblubieńca (że tak po kościelnemu się wyrażę), ale świętsza się przez to nie czuję.  Przeciwnie, grzeszę bo mam swój udział w psuciu mojego męża. Poza tym, on przy mnie robi się coraz wredniejszy, ale jakoś nie czuję się winna. Po co mam psuć się sama jak mogę w towarzystwie.  I na dzisiaj to ty było na tyle.

 

wtorek, 8 czerwca 2021

Trudno, znowu będzie o Jaskółce

Zdjęcie znalezione w sieci
Jak wiecie, ja czasami lubię się wymądrzać i bawię się w filozofa z własnego nadania. Jednak nigdy nie zapominam, że tak jak mówi przysłowie: "Reguła prosta, że aż osłupia: kto się wymądrza ten się wygłupia". Pamiętam też, że jak pokazujesz kogoś palcem, to cztery palce są skierowane na ciebie. Ale... zaryzykuję i powiem co myślę, bo w tym wypadku trudno mi utrzymać język za zębami.

Zacznę od tego, że moim skromnym zdaniem nie da się myśleć i jednocześnie mieć niezachwianą pewność, że wszystko najlepiej się wie i że nasza prawda najprawdziwsza. Tak potrafią tylko głupcy. Człowiek myślący zawsze bierze pod uwagę jakiś margines błędu i liczy się z tym, że może się mylić. Dureń bezapelacyjnie wierzy w siebie albo w tych, których w swojej "mądrości" uznał za autorytet. I niech sobie wierzy, wolno mu, bo każdy ma prawo wierzyć w co chce. Ale ponieważ głupiec niestety jest głupcem, to nachalnie stara się udowodnić innym, że są głupsi od niego. Jak ma problem ze znalezieniem głupszych od siebie to wyłazi ze skóry, żeby umniejszać każdego, kto nie myśli podobnie jak on. To jest równie ohydna jak i skuteczna metoda. Brakuje ci pokory i mądrości, żeby przekonać do swoich racji, to postaw się za wzorzec z Sevres. Potem opluj i wyśmiej każdego, kto ma inne zdanie - to jest sprawdzony sposób działania ludzi głupich, którym się wydaje, że są lepsi od innych. Głupocie często towarzyszy mania wielkości, pod którą kryją się kompleksy i zapiekła złość. I to właśnie mania wielkości powoduje, że głupiec chce na siłę przerabiać innych na swoją modłę. To właśnie z takich osób rekrutują się wszystkie ciotki rewolucji i przekonani o swojej urojonej wielkości wodzusie. Człowiek jest istotą społeczną, więc potrzebuje towarzystwa. Głupiec w tym względzie nie różni się od ogółu, więc też chce się realizować społecznie. Problem w tym, że nie mając wystarczających praw ani kompetencji chce urządzać życie innym i czuje się władny decydować o tym, co jest właściwe, a co nie. Najgorszy typ głupca to ten, który ma wykształcenie, tytuły naukowe, ale zamiast korzystać ze zdobytej wiedzy zasklepia się w swoim przekonaniu o swojej rzekomej mądrości i nieomylności, dlatego pogardza każdym, kto myśli inaczej niż on. A na dodatek  w "trosce" o bliźnich, nachalnie serwuje im swoją wiedzę, żeby nie zrobili sobie krzywdy używając własnego mózgu. I to jest naprawdę paradne, że tak  sądzi innych według siebie. Ale może głupiec nie potrafi inaczej, bo przecież on wszystko wie lepiej, więc jego głupota też musi być najwyższych lotów.

Skoro już się powymądrzałam, to teraz powiem, co mnie skłoniło do takich wynurzeń. Jak wiecie ostatnimi czasy ograniczam czas spędzany w internecie i wyjątek robię tylko dla swojego bloga i messengera, który służy mi do kontaktu ze znajomymi. Jednak dzisiaj zatęskniłam i przeleciałam się po ulubionych blogach. I tak z rozpędu wpadłam na bloga Jaskółki, bo miałam go wśród innych blogów w smartfonie. Kiedyś lubiłam tam bywać, ale od pewnego czasu z autorką bloga nie jest nie po drodze, więc nie zaglądam, ale bloga zapomniałam usunąć. Jednak diabeł nie śpi, to jak już wpadłam to poczytałam, bo nie umiem inaczej. Mam ten feler, że jak zacznę czytać to trudno mi się oderwać. Dobrze, że nie drukują papieru toaletowego, bo miałabym duży  kłopot. 

Ale do rzeczy. Zaczęłam czytać i trafił mnie szlag, bo ja jednak bardzo nie lubię ludzi, którzy nie dają się lubić. I nie chodzi w tym wypadku o to, że z Jaskółką różnimy się poglądami w kwestii szczepień. To mogę zrozumieć i uszanować, ale reszty przełknąć nie mogę. Sądziłam, że moje sprawy z Jaskółką są ostatecznie zamknięte, więc nie przypuszczałam, że jeszcze kiedyś będę pisała coś na jej temat. Trudno. Wybaczcie, ale muszę, bo udawanie, że nic nie widziałam, to jakiś rodzaj zgody na chamstwo, które ta kobieta uprawia obrzucając błotem ludzi, którym nie dorasta do pięt. Strasznie ubodło mnie to, jak potraktowała blogerkę, której blog jest pięknym i bardzo wyważonym opisem życia. Ania raczej nie potrzebuje, żebym robiła za jej adwokata, ale we mnie wszystko się burzy, że złośliwe babsko chce robić za mentora dla pięknej duchowo i niezmiernie życzliwej światu osoby. Sądzi ją według siebie i poucza, jakby miała do czynienia z kimś, komu trzeba powiedzieć co ma myśleć, bo sam sobie nie poradzi. Dlaczego nie zostawiła tych cennych porad w komentarzu na blogu blogerki, którą tak poucza? Nie wystarczyło jej odwagi? Wcześniej komentowała tam posty.
 

Jakiś czas temu Jaskółka lała krokodyle łzy, że jest źle traktowana w blogosferze, a ja to już podpadłam jej najbardziej, bo jak śmiałam otwarcie powiedzieć co myślę na jej temat. Ona pluła na innych tak, żeby ślina doleciała, ale bożbroń nie wymieniała nikogo z imienia, a ja po chamsku napisałam w poście do kogo się zwracam. No przepraszam bardzo, że nie jestem taka kulturalna jak Jaskółka. Może gdybym miała tak jak ona doktorat z pedagogiki to też tak po chamsku wzięłabym się za wychowanie ludzi, ale wątpię, bo ja jestem z tych głupszych. Ponieważ Jaskółka ma zamknięte komentarze to wyładowałam swoją irytację na swoim blogu. Kto jak kto, ale ona powinna to zrozumieć skoro wciąż powtarza, że jej blog, jej zasady, to może na nim robić co chce. Może ona, mogę i ja. Wiem, że wciąż tu bywa, czyta komentarze i karmi się nienawiścią do mnie. Jak tak lubi, to nie będę jej żałować. Teraz już usunęłam jej bloga z odwiedzanych i mogę obiecać, że już się nie pomylę i nigdy więcej nie poświęcę jej swojej uwagi. Bo ja, w przeciwieństwie do niej, mogę żyć bez nienawiści. Tego posta publikuję na gorąco, bo jak ochłonę, to mogę zmienić zdanie, a czasami trzeba powiedzieć na co człowiek się nie godzi. 

Następne wpisy będą pozytywne, bo trzeba ładować akumulatory zamiast spinać się z ludźmi. A tych wrednych trzeba jednak zostawić samym sobie i niech się macerują we własnym sosie. Buddyści radzą, żeby im współczuć, ale ja jeszcze nie osiągnęłam takiego poziomu wyrozumiałości, więc poprzestanę na tym, że nigdy nikomu źle nie życzę. Co najwyżej mówię prawdę w oczy. I na dzisiaj to by było na tyle.

piątek, 4 czerwca 2021

Psuję sobie wizerunek i dobrze się przy tym bawię

Babka w roli Rumcajsa

W ubiegłym roku napisałam POST o kompleksach , które zatruwały mi młodość. Teraz młodość mam już dawno za sobą i szkoda mi czasu na przejmowanie się niedostatkami urody albo cudzą opinią. Mówię sobie, że ładniejsza już raczej nie będę, ale weselsza jeszcze być mogę, więc grzechem jest nie skorzystać. Dlatego wyglądam i zachowuję się tak jak chcę. Ktoś może powiedzieć, że na starość się ośmieszam. W porządku, jak chce niech mówi. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Dla dobrej zabawy albo wygody mogę być śmieszna. Kiedyś  nie odważyłabym się upublicznić takich zdjęć jak te poniżej, ale widocznie im więcej mam lat tym mniej mam wstydu. Poza tym, dawać innym uśmiech to bardzo przyjemne zajęcie, dlatego mogę pokazać się bez retuszu i z głupią miną. Ci co mnie lubią pośmieją się ze mną zaś ci co mnie nie lubią też się ucieszą, że jestem taka paskudna. Czyli wszyscy będą zadowoleni i o to chodzi. Zaczynajmy więc te opowieści dziwnej treści.

Mój najukochańszy wnuk NR 1, bo mam też najukochańszego wnuka NR 2, rzucił kiedyś propozycję, żebyśmy zabawili się w robienie min. Mnie do zabawy nie trzeba długo namawiać i tak powstała fotorelacja pod tytułem: Kto głupiej wygląda. Ładnemu trudniej się oszpecić, więc w tej konkurencji bezapelacyjnie wygrała babka czyli ja.

 

 

 

 

 

 



 


 

 

 

 

 

 

 



 

 

 

 

  

 

 


 

 

 

Innym razem bawiliśmy się w mieszkańców Rzaholeckiego Lasu. Ja robiłam za Rumcajsa, a Daniel za brodatego Cypiska.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do połowicznej obsady brakowało nam tylko Hanki. Próbowaliśmy do tej roli zwerbować dziadka, ale nie współpracował, bo nie chciał włożyć chustki, a warkocza nie miał. Jednak, żeby podrażnić się z babką, dziadek włożył na głowę wiaderko, ale babka nie lub jak się z nią drażnią, więc wywaliła dziadka z teatralnej trupy. Skoro nie mieliśmy Księcia Pana i Księżnej Pani, to mogliśmy też zrezygnować ze złośliwego dziadka w roli Hanki. Ale skoro dziadkowi tak pasowało wiaderko, to niech ma chłop pamiątkowe zdjęcie. Co będę ośmieszać się sama, gdy mąż to moja druga połówka, więc też może robić za półgłówka))) 

Żeby nie było, że głupieję tylko przy wnukach, to przyznam szczerze, że w tej kwestii równie dobrze radzę sobie sama. Na starość poluzowały mi się chyba te sznurki, które trzymały mnie na baczność, żebym zawsze była poukładana, akuratna i pasująca do innych ludzi. Teraz mam inne priorytety i zależy mi tylko na tym, żebym pasowała sobie, a jeżeli komuś się nie podobam, to już wyłącznie jego problem.

Ostatnio podczas powrotu do domu złapał mnie deszcz.
Gdy wychodziłam niebo było zachmurzone i mogłam przewidzieć, że będzie padało. Niestety głowa coraz częściej służy mi tylko do tego, żeby mi deszcz do środka nie padał, więc parasolki nie wzięłam. Jednak mimo wszystko uparcie staram się używać mózgu, to była szansa, że coś wymyślę. Najpierw wymyśliłam, że stanę pod drzewem i przeczekam. Niestety deszcz miał więcej cierpliwości do padania aniżeli ja do stania. Sięgnęłam więc do torebki, bo przypomniałam sobie, że mam w niej pojemną ortalionową siatkę. Niewiele myśląc zrobiłam z siatki coś na kształt turbanu, uchwyty związałam na karku i ruszyłam przed siebie. Przypomniał mi się dialog z bajki (kolejny dowód na to, że dziecinnieję), którą przed laty oglądałam z córką. Niezbyt lubiany przez innych bohater tej opowieści dostał w prezencie szmatę do mycia podłogi, ale nie zrażony niczym powiedział z radością, "to cudownie zrobię sobie z niej kapelusz". Ja byłam o level wyżej, bo siatka ładniejsza niż szmata, więc tym bardziej powinnam się cieszyć.

Mój spacer z siatką na głowie rozbawił parę osób, więc jak deszcz ustał zrobiłam sobie zdjęcie, żeby zobaczyć, co się tak "podobało" mijającym mnie młodym ludziom. Tył siatki wyglądał pewnie ciekawiej, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby zrobić selfika czerepu.

Gwiazdorzę z siatką na głowie
I muszę przyznać, że nie dopatrzyłam się na tym zdjęciu niczego nadzwyczajnego. Jednak faktem jest, że z siatką na głowie wzbudzałam zainteresowanie. Ale już  kilka dni później, gdy szłam w pełnym makijażu, ładnej kiecce i biżuterii, to nikt się za mną nie obejrzał. Zrobiłam więc sobie zdjęcie ku pamięci i utwierdziłam się w przekonaniu, że moja przemijająca uroda jest niższych lotów niż mój dystans do siebie i poczucie humoru.

Siatki brak, koraliki są

I niech tak zostanie, bo w niczym mi to nie przeszkadza. Ktoś może się zdziwić, ale ja na ogół jestem zadowolona z tego jak wyglądam. Czasami nawet się sobie podobam. Tylko jeszcze nie wiem, czy to wynika z jakiejś starczej dewiacji, czy w końcu nauczyłam się patrzeć na siebie sercem, tak jak patrzę na tych, których kocham i lubię. A cudzą opinią przejmować się nie zamierzam, bo ona jak pańska łaska na pstrym koniu jeździ. I na dzisiaj to by było na tyle.


P.S. Jolcia ten post to mój specjalny urodzinowy prezent dla Ciebie, bo wiem, że lubisz się śmiać ze mną i ze mnie. Kochana 100 lat  w zdrowiu i śmiechu.

piątek, 28 maja 2021

Nie karm strachu, bo urośnie

Zbliża się wieczór. Siedzę przy otwartym balkonie i słucham jak śpiewają ptaki. Cudnie, radośnie, energetycznie - w tym śpiewie jest całe piękno i prostota życia. Też tak chcę. No dobra, nie koniecznie muszę śpiewać, bo śpiew w moim wykonaniu nie brzmi pięknie, ale pragnę tej radości, która płynie z ptasich gardeł, tej swobody i ścigania się z wiatrem. Niestety moje serce trzepocze i rośnie we mnie strach. Strach wredny, podstępny, paraliżujący, który jest poza kontrolą intelektu, bo jest indukowany przez fizjologię i niedotleniony mózg. Uspokój się, nie karm strachu bo urośnie - mówię do siebie z irytacją i próbuję odwrócić uwagę od rozklekotanego serca. Skupienie na lęku i czarnych myślach jest łatwiejsze niż odgonienie ich, ale się nie poddaję i staram się odganiać. Używam różnych sposobów, bo jak jest problem to trzeba go jakoś rozwiązać. Skupiam się więc na tym co sprawia, że moje kulawe życie ma wartość. Sięgam do moich  haczyków, na których mentalnie zawieszam wszystko co dobre, przeglądam plasterki kojące moje bolicosie. Dzisiaj oglądałam zdjęcia tych, których kocham. Dużo ich mam i zdjęć i ludzi. Los poskąpił mi wielu rzeczy, z których można się cieszyć, ale dał to co najważniejsze i jestem mu za to bezgranicznie wdzięczna. Po godzinie moje migoczące serce się wycisza i znowu da się żyć. Chociaż starość jest paskudna, bo człowiek coraz wolniejszy i bardziej ograniczony fizycznie, to serce przyspiesza i coraz częściej migocze, trzepocze, kołacze. W młodości problemy sercowe były jednak dużo przyjemniejsze. I tak by się chciało, żeby ta życiowa pompa działała jak dawniej, ale to chcenie jest z kategorii pobożnych życzeń. Niestety. Jednak i tak najlepszym lekarstwem na chore serce jest używanie go tak, żeby pomieściło jak najwięcej miłości. U mnie ta metoda się sprawdza. Pokażę Wam moją endorfinkę, bo lubię się dzielić, a poza tym należy się Wam jakaś nagroda za to, że czytacie to moje smęcenie i ględzenie. Za jakiś czas usunę z bloga zdjęcia wnuków, bo będą coraz starsi i bardziej rozpoznawalni, ale na razie pośmiejcie się z Adasiem. Na zdrowie.

I na dzisiaj to by było na tyle.

wtorek, 25 maja 2021

Krótka lekcja malarstwa

Ostatni post był ciężki gatunkowo, więc teraz dla odmiany coś weselszego. Obcowanie ze sztuką i uśmiech ma działanie terapeutyczne, więc teraz będzie krótka psychoterapia. Nie jestem znawcą, ale lubię sztukę. Oglądanie pięknych rzeczy zawsze sprawia mi przyjemność i poprawia nastrój. To jeden z wielu POSTÓW,
w którym poruszałam ten temat. Z radością podzielę się z Wami tym co mnie ubawiło. Przyjaciółka przysłała mi zabawnie skomentowane znane powszechnie obrazy. Internet pełen jest zdolnych ludzi i ciekawych treści, więc trzeba korzystać.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
A tak maluje artysta amator Adaś znany także pod pseudonimem Nieźmęcionyjeśtem.
 
Mój starszy wnuk musiał się poświęcać, żeby namalować jakąś laurkę, a Adaś chętnie łapie za kredki albo farbę i obdarowuje babkę malunkami. A babka łasa jest na te dowody sympatii i cieszy się orgazmicznie, bo jak wiadomo, babka ma hopla na punkcie wnuków. No dobra, babka ogólnie ma hopla, ale tak jak w innych dziedzinach życia babka potrafi hopla okiełznać, tak w wypadku wnuków i córki nie daje rady. Stąd ta prywata i podpięcie Adasia pod artystów. I na dzisiaj to by było na tyle.

środa, 19 maja 2021

Miałam się nie denerwować

Miałam się nie denerwować, więc wyautowałam się dobrowolnie z mediów i skupiłam się na dbaniu o mój ciężko wypracowany optymizm, szwankujący organizm oraz dobry humor. Kontakty międzyludzkie zapewniała mi rodzina, rozmowy telefoniczne z ulubionymi znajomymi i przymusowe wizyty w szpitalu. Jednak przed życiem nie da się uciec, więc coraz dopada mnie coś co psuje mi humor i charakter. Staram się być miła, bo wolę siebie w tej wersji, ale, jak w podpisie obrazka znalezionego w sieci, moja gęba czasem nie współpracuje. Tak też było ostatnio, gdy zostałam zaatakowana na przystanku autobusowym przez dwie ciotki rewolucji opanowane misją naprawiania świata i głupich ludzi. A tą pierwszą głupią z brzegu okazałam się być ja. 

Sytuacja wyglądała tak, że dwie znane mi z widzenia sąsiadki z osiedla siedziały na ławce i szczebiotały maseczka w maseczkę. W oczekiwaniu na autobus usiadłam na drugim końcu ławki, ale jedna z nich spojrzała karcąco w moją stronę. Domyśliłam się, że chodzi o maseczkę, bo choć  maseczki na powietrzu nie są już obowiązkowe, to zgodnie z zarządzeniem jak nie można zachować dystansu społecznego, to trzeba się zamaskować. Włożyłam więc maseczkę. A Panie wróciły do rozmowy. 

- Ja to już jestem spokojna, ale przez tych durni co nie chcą się szczepić to nie wiadomo kiedy ta pandemia się skończy.

- Ja w przyszłym tygodniu będę miała drugą dawkę -  pochwaliła się ta druga.

- A pani już zaszczepiona? No - zwróciła się do mnie ta już spokojna.

- Nie - przyznałam się bez bicia. 

- To na co pani czeka? - oburzyła się. 

- Na koniec badań, które potwierdzą, że szczepionka Pfizera, bo w moim wypadku tylko ta wchodzi w grę, jest bezpieczna - tłumaczyłam się jak głupia zamiast powiedzieć, że to nie jej interes kiedy i czy w ogóle będę się szczepiła. 

- Przecież wszyscy mówią, że jest bezpieczna i skuteczna. Miliony ludzi się zaszczepiło, to co pani wydziwia? - skomentowała moją odpowiedź. 

- No właśnie - dodała ta oczekująca. 

- Przepraszam panie, ale argument, że większość coś zrobiła nie jest dla mnie wystarczający.

- Dlaczego? Taka Pani nadzwyczajna? - powiedziała z przekąsem ta już spokojna. 

A ja w tym momencie poczułam, jak wyżynają mi się zęby jadowe i rozdwaja się język. 

- Wie pani, większość ludzi nie grzeszy mądrością, a muchy to wszystkie lecą do gówna, ale to nie znaczy, że muszę robić tak samo -powiedziałam, po czym szybko podniosłam szanowną i oddaliłam się na bezpieczną odległość, żeby nie miały okazji dalej mnie wychowywać. 

Moje zachowanie grzeczne nie było, ale jak ktoś po chamsku zaczyna mnie ustawiać, to odpłacam pięknym za nadobne. Mnie by do głowy nie przyszło, żeby kogokolwiek tak pouczać. Szanuję prawo każdego człowieka do własnego zdania i tego samego żądam dla siebie. Mam też świadomość, że nie jestem wszystkowiedząca i mogę się mylić, dlatego nikogo na siłę nie przekonuję do swoich racji.

Większość moich znajomych się zaszczepiła, ale nie próbowali mnie naprawiać, żebym poszła w ich ślady. Ja też nie uważam ich za głupszych ode mnie, dlatego, że zdecydowali inaczej niż ja. To ich zdrowie i życie, więc też ich wybór.

Nie wiem czyja decyzja słuszniejsza i nie uzurpuję sobie prawa, żeby decydować za innych. Jednak znowu jestem w mniejszości, bo coraz częściej słychać, że tych, którzy nie chcą się  szczepić trzeba spacyfikować strasząc zakazem poruszania się poza miejscem zamieszkania, godziną policyjną, obciążeniem kosztami leczenia, karami finansowymi albo groźbą utraty pracy. Takie rzeczy mówią ludzie władzy i doradzający im medycy z tytułami naukowymi, a znaczna część społeczeństwa przyklaskuje takim pomysłom.

A ja pytam jak to się ma do praw obywatelskich gwarantujących wolność wyboru i samostanowienie o swoim zdrowiu i życiu. Tylko w  systemie totalitarnym prawa jednostki były podporządkowywane dla dobra ogółu. Oczywiście to dobro było  określone przez dyktatorów. Wygląda na to, że teraz mamy nową dyktaturę, bo o zdrowiu i życiu jednostki ma decydować lekarz, farmaceuta i polityk. Pytam więc odkąd to moje zdrowie i życie jest własnością publiczną? Do tej pory było tak, że jak dostawałam jakiś lek, to mogłam przeczytać długą najczęściej listę jego działań niepożądanych i zdecydować, czy chcę się nim leczyć czy nie. Teraz mam się podporządkować i zaszczepić, bo jakieś autorytety medyczne i WHO (już od dawna mające w dupie dobro pacjenta) chcą wszystkich wyszczepić, a leczenie ludzi traktują jako sprawę drugorzędną. Nie śledzę na bieżąco spraw związanych z epidemią, bo, jak już mówiłam,  odcinam się od rzeczy, na które nie mam wpływu. Mimo to czasami (częściej niż bym chciała) docierają do mnie różne informacje. Koleżanka przysłała mi artykuły, w których opisano, jak trudno przebić się z każdym odmiennym sposobem walki z covidem niż ten odgórnie zalecany. 

Link 1 

Link 2 

Link 3 

Lekarzy, którzy pomagają  wbrew oficjalnym zaleceniom straszy się odebraniem prawa do wykonywania zawodu. Amantadyna lek stosowany od lat, jest zdaniem wybranych autorytetów bardziej niebezpieczna niż  dopuszczona warunkowo nowatorska szczepionka. Gdzie tu logika? Nie znam się na wirusologii, ale są tacy co się znają i im też odbiera się głos. Większość medyków, którzy nie zgadzają się z "jedynie słuszną linią walki z epidemią" jest marginalizowana i ośmieszana.

Takim jak ja też się dostaje, bo przecież jesteśmy za głupi, żeby zrozumieć i docenić tę wyjątkową troskę jaką chcą nas otoczyć rządzący na spółkę z medykami. Na domiar złego, w przestrzeni publicznej najgłośniej  słyszane są walczące ze szczepieniami idiotki pokroju celebrytki Kołakowskiej i debile nawołujący na Facebooku do blokowania miejsc na listach do szczepień. A to jest zwyczajne draństwo. I tak w świat idzie przekaz, że ci co nie chcą się szczepić to niebezpieczne i antyspołeczne oszołomy. 

Trudno, mogę być oszołomem, ale nie zrezygnuję z prawa do decydowania o swoim zdrowiu i życiu tylko dlatego, że się tego ode mnie oczekuje. 

A tak na marginesie, to jestem już ofiarą jednego wirusa. Wirusa WZW typu C dostałam całkiem za darmo od szpitala, w którym miałam zabieg. Takich jak ja jest na świecie  71 milionów i przybywa ich w postępie geometrycznym, ale nikt ich na siłę nie leczy, przeciwnie czekają na leczenie latami. Czy są niebezpieczni? Tak, bardzo, bo najczęściej nie wiedzą, że są chorzy i zarażają innych. Ja zaraziłam męża. Teraz oboje mamy wątroby na agrafkach, ale to już wyłącznie nasz problem. W moim ciele krąży wirus i dlatego nie chcę ryzykować, że nowatorska szczepionka może naruszyć i tak już marny system odpornościowy mojego organizmu. I mam poniżej krzyża nawiedzone ciotki rewolucji i bałwochwalczo zapatrzone w autorytety inteligentki z doktoratami, które wszystko wiedzą lepiej. Ja nie wiem wszystkiego lepiej i często się mylę, ale wara innym od mojego prawa wyboru. Nie mam duszy niewolnika, który bezwolnie godzi się, żeby ktoś decydował o jego życiu. Nie będę się poświęcać dla dobra ogółu, bo nie sądzę, żeby moje poświęcenie było naprawdę potrzebne. Szanuję prawa innych, ale bronię też swoich. Nie mam też zamiaru rezygnować z używania swojego rozumu i szukania logiki w tym co się dzieje. A jak do tej pory to co niechętnie obserwuję jest pozbawione logiki. Jak już nie raz mówiłam (trudno lubię się powtarzać) może i mam mały rozumek, ale chętnie go używam, więc proszę, niech nikt mnie nie wyręcza w myśleniu. Dziękuję za fatygę, ale poradzę sobie sama. I na dzisiaj to by było na tyle.

poniedziałek, 10 maja 2021

Zabawne rysunki pobudzające produkcję endorfin

Ponieważ ostatnio głównie ględzę, snując egzystencjalne smuty, to postanowiłam się poprawić i zebrałam trochę zabawnych rysunków i zdjęć. Dobrze się przy tym bawiłam, wiec mam nadzieję, że oglądając  je też się uśmiechniecie. Wszystkie zamieszczone w tym poście rysunki i zdjęcia zawdzięczam moim psiapsiółkom, które wyszukiwały w czeluściach internetu śmieszne rzeczy i dzieliły się nimi ze mną. To i ja się podzielę. Śmiejcie się i niech Wam też będzie na zdrowie. 

Dzisiaj na tapecie będą przede wszystkim sprawy damsko-męskie, bo na tym polu rozgrywa się wszystko: życie, farsa, komedia i komediodramat . 












 Bywa, że szczęście faceta niespodziewanie się kończy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pod poniższym zdjęciem podpisałaby się każda męska łajza, bo jak znajdziesz winnego, to już nic więcej nie musisz ze sobą robić.


Są też mężczyźni, których ambicja zmusza do szukania  każdego sposobu, żeby zamanifestować swoją męskość.

Poniżej zdjęcie faceta z imponującymi jajami.


A w lesie można zobaczyć coś takiego.

Ten pan ze zdjęcia poniżej wziął przykład z natury i manifestuje, że chcieć to móc i nie ważne, że  po pijaku, że we śnie. Wizualnie efekt został osiągnięty, jest wielki i można nim straszyć.

 

A żeby ucieszyć ukochaną żonę albo męża każdy sposób dobry.

Tu mamy biotechnologię.

 

A powyżej oddana żona przy pomocy zwykłego odkurzacza stara się uszczęśliwić małżonka. Dziadek uradowany i to wszystko przy zachowaniu dystansu społecznego.

Jednak trzeba pamiętać, że nie wszystko jest takie jakie się wydaje, bo można się bardzo zdziwić. 











I na dzisiaj to by było na tyle.

 

czwartek, 6 maja 2021

Nawet jak ciemne chmury nad nami, to jeszcze w zielone gramy


 

 

 

 

 

Dzisiejsza pogoda była zmienna jak życie - raz deszcz, raz słońce, za chwilę przygnębiająca szarość i znowu kolejna zmiana, bo wiatr rządził niebem i raz rozganiał czarne chmury, by za chwilę przywiać nowe jeszcze cięższe od deszczu. Mnie jednak trudno zniechęcić, więc włożyłam kurtkę z kapturem, wzięłam parasolkę i poszłam nacieszyć się wiosną. Nie wiem ile jeszcze mam czasu, żeby korzystać z życia, dlatego nie będę go marnować na narzekanie na pogodę. Bardzo chciałabym na nic nie narzekać, ale niestety mi nie wychodzi. Rozgrzeszam się trochę mówiąc, że nie da się wciąż być zadowolonym, ale staram się nie przesadzać z tym rozgrzeszaniem, a z narzekaniem tym bardziej. Czas jest trudny, więc trzeba szukać wszystkiego co daje radość i siłę do mierzenia się z życiem. Ja szukam.

Najpierw znalazłam trochę błękitnego nieba i stada białych baranków.


Potem niebo poszarzało, ale gdzieniegdzie z gołębiej szarości wyzierał kawałek błękitu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Słońce też nie dawało za wygraną i robiło a kuku zza ciężkiej deszczowej chmury.

 

I niebo się powoli rozpogadzało, żeby za chwilę przysłonić się firanką z mżawki, przez którą przebijało się słońce.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potem wiatr rozgonił chmury, niebo wypogodniało i wszystko wokół pojaśniało.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

Maj sypnął dzikimi stokrotkami, fiołkami i rozbudził pąki na drzewach.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

W trawie pochowały się anemiczne stokrotki i mniszkowe słoneczka.

 



W drodze powrotnej niebo znów pociemniało i zaczął kropić deszcz, ale za chwilę wyszło słońce i pojawiła się piękna tęcza.

 

 





 











Na koniec posta kwiatowe koronkowe firany. 

To już wszystkie plasterki na obolałą duszę, które dzisiaj znalazłam i chętnie się nimi podzielę. Trzymajcie się swoich chmur, a słońce też przyjdzie, bo kiedyś przyjść musi. I na dzisiaj to by było na tyle.