![]() |
znalezione w sieci |
Przepadła nadzieja na wyrwanie losowi jeszcze kilku miesięcy, tygodni... Przy hospicyjnym łóżku Emi pochylona nad matką podaje jej kubeczek z wodą, unosi głowę, mości pościel jak ciepłe gniazdo. Jest skupiona, czujna, całą sobą nastawiona na potrzeby matki. Żadnych lamentów, narzekań, zwracania uwagi na siebie. Ona jest tam wyłącznie dla matki. Nic więcej się nie liczy, nic nie jest ważniejsze ważniejsze ponad przyniesienie ulgi Mamie.
Siedzę obok. Jestem tu ze względu na Emi. I chociaż nie wiem czy moja obecność jest dla niej pomocna. Ale to jedyne co mogę teraz dać im obu. Patrząc na bladą twarz Beaty, która wygląda
piękniej niż kiedykolwiek wcześniej, czuję się pusta
jak wydrążona skorupa orzecha. W głowie i sercu mam lód. Zawsze tak
mam, gdy ból psychiczny przekracza pewien próg. Tylko niechciane
myśli przewijają się w tę i z powrotem. Samotność, a właściwie trzy samotności, każda trochę inna i każda kosmicznie osobna. Ludzki los, który czyni nas tak podobnymi i różnymi zarazem, sprawia, że sami przychodzimy na ten
świat i sami z niego odchodzimy. Nieważne ilu ludzi będzie przy nas w tych kluczowych dla życia
chwilach, bo tak naprawdę jest z nami tylko nasza samotność.
Wierzący mają nadzieję, że przez tę ostatnią granicę
przeprowadza ich sam Bóg. Czy wtedy przejście mniej boli? Czy
spod zamkniętych powiek, gdy nasze ciało jeszcze leży na
szpitalnym łóżku i my jesteśmy na granicy światów, widzimy
tych, którzy stoją wokół? A jeżeli widzimy, to jak czujemy ich
cierpienie, z którym nic już nie możemy zrobić? Jak godzimy się
z faktem, że zostawiamy ich na tym okrutnym świecie, samych, bez
naszej pomocy.
Dookoła trwa nieznośna, przyziemna codzienność. Krzątanina zawiązana z funkcjonowaniem hospicjum, jako miejsca. Pani zbyt głośno sprzątająca pokoje. Dobiegający zewsząd szum rozmów, jęki, nawoływania, mdławo-słodki zapach umierających ciał, odgłos świszczącego wentylatora, tupot kroków na korytarzu, w pokoju, gdzieś w tle gra telewizor.......... chaos zamiast ciszy.
Dookoła trwa nieznośna, przyziemna codzienność. Krzątanina zawiązana z funkcjonowaniem hospicjum, jako miejsca. Pani zbyt głośno sprzątająca pokoje. Dobiegający zewsząd szum rozmów, jęki, nawoływania, mdławo-słodki zapach umierających ciał, odgłos świszczącego wentylatora, tupot kroków na korytarzu, w pokoju, gdzieś w tle gra telewizor.......... chaos zamiast ciszy.
Kiedy umiera się w takim miejscu sacrum jest chyba tylko
pod powiekami umierających i może w sercach najbliższych, reszta to uciążliwe
profanum. Może nie mam racji, może... Może konającemu jest wszystko jedno... Ale już wiem na pewno; Boże, jak kiedyś dojdę do swojej granicy nie dopuść,
żebym umierała w hospicjum.