![]() |
Pozwólcie, że nawiązaniu do poprzedniego posta, rozwinę temat dot. wyrażania niezadowolenia z życia i wyłożę swoje życiowe credo. Od razu wyjaśniam, nie mam aspiracji, żeby robić za mentora, ale mam wadę w ustawieniach fabrycznych tj. skłonność do mędrkowania, którą to wadę usprawiedliwiam chęcią dzielenia się tym, co uważam za życiowo ważne. Jak zainspiruję kogoś (np. znajomą) do przemyśleń, to cała przyjemność po mojej stronie. Poza tym, przypominanie o rzeczach ważnych dobrze robi również przypominającemu, a ja lubię robić sobie dobrze (bez sprośnych myśli proszę, nie takie dobrze miałam na myśli, chociaż czasami pieprzę jak potłuczona). No, to do rzeczy.
Dużo mi można zarzucić, ale nie to, że nie pilnuję hierarchii ważności i przejmuję się byle czym. No dbam o to co ważne, a przynajmniej bardzo się staram. Na rzeczy mniej istotne, ale obrzydzające życie, mówiąc kolokwialnie, stosuję „wdupiemanie”. Bo ja jednak bardzo lubię być zadowolona. Dzięki „wdupiemaniu” łatwiej mi się żyje, chociaż nie tak łatwo jakbym chciała. Bo stety niestety są sprawy ważne i trudne, którymi nie sposób się nie przejmować. W tych sprawach potrzebna jest cierpliwość i dużo optymizmu. Mój optymizm jest ciężko wypracowany, ale i on czasami zawodzi, gdy życie ciśnie. Wtedy zaklinanie rzeczywistości na niewiele się zda, ale trzeba sobie jakoś radzić, więc się staram. Robię wszystko co mogę, żeby było lepiej, a dopiero później godzę się z tym, że nie wszystko mogę.
Tak jak w znanej modlitwie: Boże użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to co mogę zmienić i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego. Pozwól mi co dzień żyć tylko jednym dniem i czerpać radość z chwili, która trwa.No i fajnie, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. Dlatego staram się pamiętać też, że wszystko dzieje się po coś i nawet jak bardzo boli, to pytanie: dlaczego mnie to spotyka jest bez sensu. Najprostsza odpowiedź jest taka, że dlatego że jestem człowiekiem. A skoro tak, to zamiast pogrążać się w marazmie i cierpiętnictwie trzeba ćwiczyć się w byciu dzielnym. I w chwilach największego zwątpienia pamiętać, że nie jesteśmy tą bolesną emocją, która nas przygniata. Jesteśmy czymś znacznie większym. I zawsze możemy coś zrobić, żeby było lepiej. Choćby tak jak napisał metaforycznie mój ulubiony smutas: "Jak ktoś chce sobie życie poprawić / To wystarczy poprawić poduszkę" Tak niewiele, a jednak działa. Bo lepiej poprawić cokolwiek niż nie zrobić nic, ograniczając się do narzekania.
Bardzo się staram nie zamartwiać i wszystkich do tego namawiam. Niestety często namawiam bezskutecznie zarówno siebie jak i kochanych bliźnich. Jednak nie rozumiem ludzi, którzy lubią narzekać, biadolić i doszukiwać się tragedii tam gdzie jest zaledwie kłopot. Ja przynajmniej staram się pilnować, żeby zachować dystans do sprawy i poszerzyć perspektywę szukając jakiegoś wyjścia, a nie wytłumaczenia, że nic nie robię, bo to i tak nic nie da.
Kiedy słyszę, że mam dobrze, bo potrafię się nie przejmować, to chce mi się śmiać. Każdy może mieć tak dobrze jak ja, wystarczy tylko nie dać sobie przyzwolenia na celebrowanie prawdziwych czy wydumanych nieszczęść. Nie jestem jakąś hurra optymistką, też czasami łapię doła i życie mnie boli, ostatnio jakby częściej. Jednak wciąż chce mi się żyć, więc życiowe dolegliwości wrzucam w koszty. Korzystam z mądrości tych, którzy mimo przeciwności losu prowadzili szczęśliwe życie. Taki np. Abraham Lincoln twierdził, że cyt. "Większość ludzi ma tyle szczęścia na ile sobie pozwoli". Zgadzam się z tą tezą i dlatego pozwalam sobie na wiele, bo cieszę się każdą najmniejszą rzeczą. Moje szczęście opieram na braku trybu warunkowego - bywam szczęśliwa pomimo tego, że życie mnie nie pieści, często kopie po kostkach, paskudnie doświadcza. Ale trzymam się swoich chmur, bo wiem dobrze, że życie to sinusoida, raz góra, raz dół. Nie daję się smutkom, chociażby dlatego, że w szarym rzadko komu jest do twarzy. I cieszę się, cieszę się tym, co jest mi dane, pamiętając, że nic głupiemu po koronkach, jak mówi, że to same dziury. Życie jest za krótkie żeby go marnować na przeżywaniu minionych klęsk i prognozowanych niepowodzeń. Tego nauczyłam się od mądrzejszych ode mnie. A jeżeli proszę kogoś o radę, to nie mówię: Tak, ale... żeby dalej trzymać się kurczowo swojej biedy.
Jest takie chińskie przysłowie: Ludzie, chociaż nie dożyją nawet stu
lat, to stwarzają sobie troski na całe tysiąclecia. No właśnie. Jak ktoś
chce się martwić, to rzeczywiście powód zawsze znajdzie, bo życie nie
bajka. Jednak wszystko jest kwestią wyboru, więc trzeba wybierać to, co
nam służy. Jeżeli ktoś wciąż przygląda się tylko temu co w jego życiu
jest nie takie jakby chciał to brakuje mu potem czasu i energii na dostrzeganie jasnych stron
życia. I jeszcze jedno - lepiej widzimy to, czemu się dłużej
przyglądamy. Trzeba, więc odpowiedzieć sobie na pytania: Czy naprawdę
chcę oglądać ze wszystkich stron, to co jest dla mnie przykre? Czy chcę
powtórnie przeżywać coś, na co nie mam już realnego wpływu? Jeżeli tak,
to bramy do wszelakich umartwień stoją otworem. A jak ktoś bardzo lubi umartwiać się w towarzystwie, to wystarczy tylko znaleźć słuchacza i razem zatruwać sobie życie. Malkontenctwo jest jak pchła -
przeskakuje na nowego żywiciela i stara się zagnieździć. I to często się udaje, bo przecież
każdy ma jakieś problemy. A radzenie sobie z życiem wymaga energii, więc
nie ma sensu jej tracić. Szczególnie gdy widzimy, że komuś nie da się pomóc, bo ten ktoś najbardziej lubi rolę życiowej ofiary. Zdrowy egoizm podpowiada, żeby samemu uciekać, a narzekacza namówić na terapię u dobrego psychologa. Bożżżż broń dołączać do niego, narzekacza, nie psychologa.
Uff, ale się rozpisałam. To już kończę. Jeszcze tylko motywująca piosenka do nucenia pod nosem i ilustracja znaleziona w sieci.
Dobry wieczór, Basiu. I znowu nam po drodze, bo właśnie skończyłam pisać o D., która dostarczyła dostarczyła mi wielu rozterek, a nawet wyrzutów sumienia.
OdpowiedzUsuńZdałam sobie teraz, czytając Twój wpis, co mnie tak bardzo odrzuciło od D.
Pomimo prób współczucia i zrozumienia, coraz bardziej czułam się zirytowana jej monotematyzmem, narzekaniem na wszystko i wszystkich. Faktem jest, że ma kłopoty ze zdrowiem, ale czy tylko na je ma? Panikowała, że może kiedyś wyląduje na wózku inwalidzkim - jestem w stanie zrozumieć tę obawę, ale gdy słyszałam to po raz enty, miałam ochotę zawołać: "No i co z tego? to nie koniec świata!". Zachowywała się (piszę w czasie przeszłym, bo zerwałam nasz kontakt) jakby była jedyną chorą na świecie! Dodajmy, że nawet jeśli jej kłopoty mogą skończyć się wózkiem, daleka jeszcze do tego droga, a tymczasem bywa nawet i na tańcach, wycieczkach, choć narzeka później na silny ból. Ma dwa-trzy ulubione, wciąż te same tematy i ja prostu czułam, że coraz mniej nas łączy, że jestem coraz bardziej zirytowana obcowaniem z tą osobą.
Każdy z nas czasem narzeka, skarży się płacze. Ale "wstaje, poprawia koronę i zasuwa".
W dupie mam coraz więcej spraw :) Choć może to drastyczne, co powiem ale nie zapomnę nigdy, jak umierała moja Mama, co przypadło na czas pandemii i rozpoczynającej się wojny na Ukrainie. Jakie to było wtedy nieważne! A Mama powiedziała do mnie w rozmowie: "W pewnym sensie mam już lepiej niz Wy".
Nawiasem mówiąc, to między innymi Mama, skądinąd dosyć trudna osoba, nauczyła mnie, że życie jest fajne. Kiedyś, gdy jej powiedziałam, że po trzydziestce jakoś tak więcej we mnie psychicznego luzu, skwitowała: "Poczekaj, aż dożyjesz moich lat, to dopiero zobaczysz, co to luz". Kurczę! ona nawet na łożu śmierci, ciężko chora, potrafiła zachować pogodę ducha. Mądrą miałam matkę, choć niełatwą (przepraszam, wzruszam się pisząc o niej i chyba robię się ciut egzaltowana).
Rozbawiło mnie pieprzenie i robienie sobie dobrze. Ja sobie robię dobrze na wczasach pod gruszą ;)
Pozdrawiam cieplutko.
Marta, wygląda na to, że trafiłyśmy na siebie nie przez przypadek. Jesteś kolejną osobą spotkaną w sieci, z którą czuję takie powinowactwo dusz. Cieszę się, bo odnajdywanie w drugim człowieku cząstki siebie zmniejsza poczucie osamotnienia. Może nie u każdego, ale ja tak mam.
UsuńNa Twoje rozterki związane z D. odpowiedziałam częściowo w komentarzu pod poprzednim postem. Dodam tylko, że choroba wiele wyjaśnia, ale wszystkiego nie usprawiedliwia. Znam osoby, które z choroby robią light motive swojego życia i całkiem im z tym dobrze. A prawda jest taka, że chorowanie jest częścią życia, ale nie powinno być jego treścią. Sama jestem z tych chorowitych i często doświadczam ograniczeń związanych z chorobą. Jednak mam świadomość, że moje chorowanie odbija się też na innych, więc robię co mogę, żeby sobie pomóc. Tego też musiałam się nauczyć. Kiedy w 2005 roku utytułowany neurochirurg powiedział, że za parę lat siądę na wózku, byłam załamana. Podobnie jak Twoja znajoma uszczęśliwiałam innych gadaniem o swoim kalectwie, ale w końcu się ogarnęłam. Minęło 19 lat, a ja wciąż chodzę na własnych nogach, z bólem, ale chodzę. Psychicznie też trzeba stać na własnych nogach, a nie włazić komuś na plecy, żeby nas niósł. Kiedy sobie nie radzimy z chorobą trzeba korzystać z pomocy innych, ale najpierw trzeba samemu robić wszystko, żeby poprawić swój stan. Inaczej to jest nieuczciwe wobec tych, którzy nas wspierają w chorobie. Także myślę, że spokojnie możesz się rozgrzeszyć z tego, że nie pozwoliłaś, żeby D. wlazła Ci na plecy.
Twoja Mama była mądrą kobietą, luz i odwaga przychodzą z dojrzałością. Niestety, niektórzy się tylko starzeją, a nigdy nie dojrzewają. Przesyłam serdeczności.