Czwartkowy poranek przywitał mnie słońcem, ale jakoś nie poczułam się z tego powodu lepiej. Przy porannej herbacie zastanawiałam się co uda mi się dzisiaj zrobić. Gdyby postawić na ducha, to byłoby tego całkiem sporo, ale niestety ciało mam mdłe.
Czuję że moje życie mnie przerasta. Zrobiło się wyrośnięte, jak wielkanocna baba. Niestety rodzynków w nim mało, nie jest takie smaczne, ale daje zgagę. I jak sobie z tym poradzić skoro fizycznie wszystko jest zbyt trudne. Proste czynności wymagają dużego wysiłku, jak bieg z przeszkodami. Mój ciężko wypracowany optymizm jeszcze trzyma mnie w pionie, więc próbuję zawalczyć. Szukam sposobu na zgagę, doceniam wszystko, co da się jakoś pozytywnie zinterpretować, cieszę się że nie jest gorzej, ale jestem tym taka zmęczona.
Mam ochotę nic nie robić, powiedzieć sobie będzie co ma być. Mogę nie zgodzić się na uciążliwe badanie i dalej żyć w bez świadomości wielkości sercowych ubytków. Przyjąć postawę strusia, schować głowę w piasek i liczyć że sprawy się same ułożą. Do tej pory jakoś było. Będę miała trochę względnego spokoju, skupię się na milszych rzeczach, odpocznę. To nęcąca perspektywa, bo oddala przykre doznania, trudne decyzje.
Ale przecież nie na długo, bo wypięty kuperek aż się prosi, żeby go kopnąć. Przekonam się, że samo nic się nie rozwiązało a może jeszcze bardziej się skomplikuje, kopniak spowoduje, że zaliczę glebę. I co wtedy zrobię? No dobra. Kończę to bezsensowne marudzenie. Niutek za chwile przyjdzie, trzeba się zebrać do kupy.
Jestem kobietą, która ma już życia popołudnie, ale starość ignoruję na ile się da. Tytuł bloga odnosi się do tego, że jeżeli popatrzymy na życie jak na górę, to ja już schodzę ze swojej góry, a kto chodził po górach wie, że schodzi się trudniej. Jednak smęcę umiarkowanie, bo wolę się śmiać. A że potrafię się śmiać również z siebie to powodów do śmiechu mi nie brakuje. Na blogu piszę o swoich i nie swoich potyczkach z życiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz