Środę spędziłam bardzo miło. Rano trochę popracowałam, ale resztę czasu poświęciłam uprzyjmnianiu sobie życia. W południe miałam zamówioną wizytę u pana Andrzeja, który od 15 lat robi co może, żeby dodać mi urody. Nie ma chłop lekko, bo urody i włosów mam coraz mniej. Ubywanie urody ma ścisły związek z przybywaniem lat i z tym jestem pogodzona, ale wypadanie włosów mnie wkurza, bo powodem są leki, za które muszę jeszcze płacić. O wątrobie, która po lekach i na widok aptecznych rachunków staje mi w poprzek, gadać nie będę, bo miało być o miłych rzeczach. Wracając do tematu, kiedy moja głowa była już wystrzyżona i wyczesana, przejęłam od córki wnuka a ona zajęła moje miejsce.
Poszliśmy z Niutkiem na spacer. Na widok drzew małemu oczy wychodziły z orbit i aż wzdychał z przejęcia. Kiedy już się zmęczył podziwianiem świata przypomniał sobie, że coś by zjadł. Włączył syrenę, więc napoiłam go koperkiem, bo jego osobista mleczarnia była jeszcze u fryzjera. Małemu dużo do szczęścia nie było trzeba i jak tylko napełnił żołądek smacznie zasnął. A ja siedziałam sobie na ławce w wiosennym słońcu, patrzyłam jak mały uśmiecha się przez sen i cieszyłam się chwilą. Gdy córka wróciła poszłyśmy powoli w stronę domu.
Po drodze zajrzałam do banku, żeby sprawdzić jak stoję z kasą. Nie znoszę debetów, więc pilnuję żeby wydawać tylko to co mam na koncie. I tu spotkała mnie miła niespodzianka. Okazało się że są już pieniądze za ostatnie zlecenie i to większe niż się spodziewałam. Od razu znalazłam sposób na wykorzystanie nadwyżki. Postanowiłam kupić żelazko, bo moje działało ostatnio według nieznanych mi zasad, tzn termoregulator sam decydował, jaką ustawi temperaturę. Poszłyśmy więc do sklepu „nie dla idiotów”, gdzie z lekka zgłupiałam i zamiast żelazka kupiłam generator parowy. Najwyraźniej tym razem reklama nie kłamała a sprzedawca był bardzo skuteczny. I tak zarobione pieniądze trafił szlag a ja będę musiała prasować z uśmiechem, bo podobno prasowanie takim ustrojstwem to czysta przyjemność. Jak mi się spodoba, to może będę świadczyć usługi, w końcu wiele osób nie cierpi prasowania.
Po obiedzie byłam z mężem w „Biedronce” tj. sklepie dla ubogich wg naczelnego patrioty Yarkacza. Patrząc na ceny zauważyłam, że ubodzy muszą być coraz zamożniejsi, bo od mojej ostatniej wizyty sporo się zmieniło. Wieczorem byłam tak wypompowana swoją aktywnością, że zaległam przed telewizorem i obejrzałam dramat kryminalny „Dziewięć kobiet”.
A teraz piszę ten wykaz ze świadomością, że dla postronnych ten wpis zalatuje nudą. Co zrobić. Zwykłe życie szaraka, często wydaje się nudne. Jednak ja się nie nudziłam. Pod nosem podśpiewuję sobie piosenkę z tekstem Jana Wołka do muzyki Satanowskiego. Satanowski pewnie nie rozpoznałby w moim wykonaniu swojej muzyki, ale przecież nie twierdzę, że potrafię śpiewać.
Zwykły cud
Z wiekiem wkradł się nam do zwykłych słów, godny ton, tłusty druk
Pośród prostych pojęć nowy ład słowo "bóg", słowo "świat"
Coraz szybciej pociąg nasz się toczy, błysk, stacje dni
Gdy dobrobyt zajrzał w nasze oczy - strach, rzadsze sny
Więc
Boże, daj swym lizusom raj
Nam za karę
Pożyć w miarę daj!...
Boże, daj swym lizusom raj
Nam za karę
Pożyć w miarę daj!
Ku ojczyzny chwale życia pół giąłeś kark jak ten muł
Raz pod stołem, to przy stole znów czerwień dni w bieli słów
Tu gdzie płaczą nawet głupie wierzby, śmiech przeciw złu
Gdzież u siebie bardziej nam, no gdzież by? gdzie, jak nie tu?
Więc
Boże daj swym lizusom raj
Nam za karę
Pożyć w miarę daj!...
Masz za sobą globus krętych dróg w skwarze słońc, bólu nóg
Lecz nie gadaj, że to pieski świat, nie pluj i nie drzej szat
Nie jest garbem, ani solą w oku, krzyż, ani wrzód
Z zimnej ziemi wschodzi biały krokus - cud! zwykły cud!
Więc
Boże, daj swym lizusom raj
Nam za karę
Pożyć w miarę daj!...
Z dziećmi dzieci wreszcie usiąść w krąg w szepcie brzóz, splocie rąk
W ciepłym trwaniu, gdzie zielony cień, pewny czas, letni dzień
Teraz można w białych chmur łamańce na boski znak
Odpaść jak w dziecięcej wyliczance, ot, choćby tak:
Ein, zwei, drei, daj lizusom raj, nam za karę pożyć w miarę daj...
Jestem kobietą, która ma już życia popołudnie, ale starość ignoruję na ile się da. Tytuł bloga odnosi się do tego, że jeżeli popatrzymy na życie jak na górę, to ja już schodzę ze swojej góry, a kto chodził po górach wie, że schodzi się trudniej. Jednak smęcę umiarkowanie, bo wolę się śmiać. A że potrafię się śmiać również z siebie to powodów do śmiechu mi nie brakuje. Na blogu piszę o swoich i nie swoich potyczkach z życiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz