Nie odzywam się od kilku dni, bo ćwiczę na
sobie przyjemności jakie niesie wirusowe zapalenie zatok sitowych -
głowa jak bania, nos spuchnięty jak trąba, oczy zapuchnięte, ale
za to lirycznie załzawione, i jeszcze gluty do brody... a to
wszystko nadzwyczajnie umila mi życie. I pomyśleć, że do tej
pory nie miałam pojęcia, że mam coś takiego jak zatoki sitowe...
No trudno, nie będę narzekać, bo i bez mojego marudzenia, życie
potrafi być do dupy. Ale za to jesień jaka piękna... Leżę sobie
w ciepełku, zerkam przez okno i czekam na czas kiedy wrócę do
żywych. Póki co, czytam Nurowską, skończyłam „Księżyc nad
Zakopanem” i jestem na finiszu „Gier małżeńskich”.
A w sieci znalazłam tekst, który bardzo mi się
spodobał i mogłabym podpisać się pod nim obiema rękami.
Jesienią pięknieję.

Miewam ostatnio skłonność do popadania
w zachwyt absolutny. Jakbym potrafiła dotrzeć do rdzenia, sedna,
cieniusieńkiej nitki dobra, którą posiada każde ziemskie
stworzenie.
Pragnęłam jesieni. Odeszły na szczęście
w przeszłość te dni, kiedy sponiewierana przez lato, wybatożona
słonecznymi promieniami wyglądałam jesieni w napięciu. Wielbię
tę piękność, rudą jak muza z międzywojnia, wystrojoną w brązy
i żółcie, których pozbywa się sukcesywnie, by stanąć przede
mną naga i zapłakana. Nieprzeciętnie skłonna do nagłych
wzruszeń, mogę ronić łzy incognito, pozwalając im mieszać się
z deszczem. Mogę z moich kształtów uczynić zagadkę dla świata,
chowając je pod obszernym paltem. Mogę, patrząc na wirujące
liście, popaść w swoisty stupor, który da nadaktywnemu umysłowi
chwilę wytchnienia. W razie ekstremalnego napięcia mogę się
osunąć w inspirowaną późnojesiennym krajobrazem depresję.
Kocham jesień , a ta miłość sprawia, że pięknieję.
Miewam ostatnio skłonność do popadania
w zachwyt absolutny. Takie momenty ozdabiają pokaźną falbaną
sensu egzystencję przeważnie sensu pozbawioną. Idę sobie Alejami
Jerozolimskimi, pod kurtką niosę serce, lekko nadłamane, dousznie
podaję sobie znieczulenie w postaci muzyki najsmutniejszej ze
smutnych i… mam wrażenie, że posiadam osobliwą zdolność
dostrzegania w osobach, które mijam, samych tylko pozytywów. Jakbym
swą źrenicą-laserem potrafiła przeciąć warstwę odzieży
wierzchniej, potem skórę, mięśnie i te wszystkie rzeczy, których
istnienia w człowieku mogę się jedynie domyślać, by dotrzeć do
rdzenia, sedna, cieniusie kiej nitki dobra, którą posiada każde
ziemskie stworzenie. Ta kobieta łapczywie połykająca papierosowy
dym, osiłek opuszczający sprężystym, amfetaminowym krokiem
podwoje hotelu Marriott, panie o obyczajach lekkich jak piórko,
bezdomny prowadzący na sznurku tragikomiczny skutek szalonej psiej
orgii. Wszyscy.
Zachwyca mnie pozbawiona jakiegokolwiek
napięcia cisza, która wisi rozciągnięta pomiędzy rzęsami moimi
i Przyjaciela, kiedy pijemy smolistą kawkę w kawiarni gościnnego
Żyda. Każdorazowo moment, gdy przestaję się wreszcie opierać i
pozwalam Ukochanemu, by się we mnie rozgościł. Melancholijna
muzyka Czesława, którego brwi uroczo zmarszczone podczas gry
układają się w ptasi wizerunek. Wzruszająca chudość i
kokieteryjna nieporadność skrywające potęgę talentu,
charakteryzujące Anię B., o której świat wkrótce usłyszy. Moja
piękna Mama przełykająca dzielnie wciąż powracającą kulkę
żalu wywołanego saltem niemorale w wykonaniu mojego androPAusPY.
Syn całujący mnie w dłoń lub nadstawiający do pocałunku
zwinięty w trąbkę dzióbek. Chwile, gdy uda mi się uwieść
kogoś, używając zamiast słów smaków, aromatów i faktur
składających się na to jedno miłośnie przygotowane danie.
Zachwycam samą siebie, kiedy powodowana silnymi emocjami zaserwuję
otoczeniu reakcję, której nikt się nie spodziewał, detonując
bombę gniewu w miejscu, w którym eksplozja nie skrzywdzi nikogo,
nawet mnie.
Mam zamiar tarzać się w zachwytach,
kolekcjonować miniekstazy, nim powróci zwątpienie, które zacznie
powoli znieczulać na przekaz płynący z wszechświata. Nim po całym
moim jestestwie zaczną się rozprzestrzeniać, przesuwając niemal
narządy w poszukiwaniu wolnej przestrzeni, rozgoryczenie i smutek,
które powracają jak lato i jak lato wypalają i pustoszą. Nim
zacznę kopać fosę oddzielającą mnie od świata, stanę się
emocjonalną impotentką, a stupor nie będzie wytchnieniem, lecz
ucieczką. Można pójść po linii najmniejszego oporu i pomyśleć,
że dołuję na koniec, jednak tak nie jest. Szanuję naturę, jej
nieprzewidywalność i zmienne cykle. Kiedy przychodzi zima, wskakuję
w ciepłe ciuchy i grzeję się, aż słońce nie zdejmie drzewom z
koron białych czap, a ludziom kożuszków. Przez jakiś czas będę
nosiła opaskę z cierni, pokryję się odstręczającą łuską, ale
to minie. Zawsze mija. A potem znów jesień i zachwyty.
Katarzyna Nosowska źródło: Zwierciadło
Jak ja lubię tę Kasię... za całokształt.
Kiedyś miałam przyjemność z nią rozmawiać. Odebrałam telefon i
usłyszałam w słuchawce: „Jestem Kasia Nosowska, mogę mówić z
Martą?” Wiedziałam, że moja Marta jest zagorzałą fanką
zespołu „Hey”, ale nic ponadto. W rozmowie wyjaśniło się, że
Marta wysłała Nosowskiej swoje wiersze i podała domowy numer
telefonu. Rzecz się działa w zamierzchłych latach 90 kiedy komórki
były praktycznie niedostępne. Ponieważ Marta była na jakiś
zajęciach, więc umówiłyśmy się, że Kasia zadzwoni później.
Bardzo mnie tym ujęła, że taka układna - zapytała czy może zadzwonić po 21, bo
musi wcześniej położyć spać synka, Mikołaja. Była
serdeczna, naturalna i, jak widać, czas jej nie zmienił. Pamiętam,
radość Marty z tamtej rozmowy, ale to już inna
historia, i nie moja...
obrazy złowione w sieci
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz