Od jakiegoś czasu rzadko czytam kryminały, bo jednak pamiętanie zawiłych intryg wymaga dużo uwagi, a mnie się zwyczajnie nie chce, aż tak wysilać tego, co tam mam pod deklem. Jednak tę książkę łyknęłam w jednym kawałku, chociaż przyznam, że natłok postaci z obcojęzycznymi nazwiskami bardzo mnie męczył. Ale czego się nie robi, jak historia ciekawa a dialogi zabawne i refleksyjne. No czyta się pani kochana i gimnastykuje te szare komórki, co to jedna musi się spocić zanim drugą dogoni, bo liczebność ogólnie im spada. Ale wracajmy do meritum.
Harlan Coben w książce Najczarniejszy strach opowiada historię mężczyzny, który dość niespodziewanie dowiaduje się, że ma 13 letniego śmiertelnie chorego syna. Żeby wyleczyć chłopaka, główny bohater musi rozwiązać zagadkę, którą ułożył psychopatyczny morderca podpisujący się ksywą Siej Ziarno i jeszcze tego mordercę znaleźć. W tle jest romans z przeszłości i relacje ojciec - syn. Dialogi są momentami sztampowe, ale dużo jest takich, które można by umieścić w księdze złotych myśli. Główny bohater dużo filozofuje, a to Basia kocha najbardziej, wiec czytała aż jej podskakiwała grzywka. Tym wpisem innych do czytania zachęcam. I na dzisiaj to by było na tyle.
Jestem kobietą, która ma już życia popołudnie, ale starość ignoruję na ile się da. Tytuł bloga odnosi się do tego, że jeżeli popatrzymy na życie jak na górę, to ja już schodzę ze swojej góry, a kto chodził po górach wie, że schodzi się trudniej. Jednak smęcę umiarkowanie, bo wolę się śmiać. A że potrafię się śmiać również z siebie to powodów do śmiechu mi nie brakuje. Na blogu piszę o swoich i nie swoich potyczkach z życiem.
Szukaj na tym blogu
sobota, 25 lipca 2020
czwartek, 23 lipca 2020
Fizjonomika, czytanie z twarzy
Weszłam na portal informacyjny i rzuciło mi się w oczy zdjęcie braci Kurskich. Te dwa zestawione ze sobą zdjęcia spowodowały, że zaczęłam porównywać, jak wyglądają i co zdradza ich fizjonomia. Kiedyś czytałam artykuł obszernie omawiający pseudonaukę nazwaną fizjonomika. Przez wieki ludzie zajmujący się czytaniem z twarzy doszukiwali się symptomów, które miały przesądzić o tym, kim dana osoba jest, do jakiej grupy charakterologicznej przynależy albo czy właściciel twarzy będzie miał powodzenie w życiu czy nie. W starożytnych Chinach fizjonomika była częścią medycyny, starożytni Grecy traktowali ją równie poważnie. Pseudonauka nie nauka, ale przecież nie sposób zaprzeczyć, że nasza twarz niczym lustro odbija to, co czujemy, o czym myślimy. Nasza mimika zostawia czytelny ślad, mówiący o tym, czy częściej się uśmiechamy, czy częściej jesteśmy źli. To jak postrzegamy czyjąś twarz wpływa na pierwsze wrażenie w ocenie człowieka. Za pierwszym wrażeniem często idzie drugie i trzecie, które utwierdza nas, że z tym kimś jest nam nie po drodze lub wprost przeciwnie możemy tego kogoś polubić. Czasami ktoś tak nam nie pasuje, że nie chcemy mieć z nim nic wspólnego, chociaż nic złego nam nie zrobił. Że to niestosowne? Zgoda. I co z tego, skoro podskórnie czujemy, to co czujemy. W drugą stronę też to działa, bo niektórych odbieramy bardzo pozytywnie, chociaż nic o nich nie wiemy oprócz tego, co mniej lub bardziej udolnie wyczytamy z ich twarzy. Co więcej, często ten pierwszy intuicyjny skan okazuje się być tym najbardziej bliskim prawdy. Kiedyś tak wyczułam przyszłą bratową mojego męża, chociaż ani nie byłam do niej uprzedzona, ani nie miałam powodu jej nie lubić. Jednak po pięciu minutach w jej towarzystwie byłam tak pewna, jak nigdy wcześniej wobec nikogo, że jej nie polubię. Nie pomyliłam się, bo potwierdziło się wszystko co wyczytałam z jej twarzy pierwszego dnia. Dla niektórych twarz jest zawsze jedynie przednią częścią głowy, więc o nią nie dbają, godzą się, żeby ją tracić w zamian za jakieś korzyści. Nie pamiętają, że na twarzy, w oczach, uśmiechu i każdym grymasie maluje się nasz charakter, który stanowi o tym kim jesteśmy, jak żyjemy.
A wracając do braci Kurskich, to gdybyście nic nie wiedziały o działalności obu panów, to patrząc na zamieszczone zdjęcia, z którym chętniej byście poszły na kawę albo wypiły małe piwko?
Zacznę pierwsza, żeby nie było, że tylko Was wypytuję, tym bardziej, że wiem, że większość czytających ani mrumra w komentarzach. No wiem, bo widzę w statystykach ile osób wchodzi na bloga. Ale spoko, ja nie nalegam. Żadnego obowiązku komentowania nie ma. Pełna dowolność, niech każdy robi, jak lubi i kiedy lubi. Cieszę się, że czytacie. Jednak jakby co, to chętnie zapoznam się z Waszym zdaniem.
Fizycznie Jacek może uchodzić za przystojnego, bo ma regularne rysy twarzy. Wygląda na pewnego siebie, zdecydowanego i sprytnego, może też mieć wzięcie u przenno-buraczanych panienek, bo ma ten błysk jurnego parobczaka w oku. Na zdjęciu widać, że to człowiek, który krzyczy: wiem, zrobię, moje musi być na wierzchu, bo ja i jeszcze raz ja. Jarosław fizycznie wygląda bardziej na wyrośniętego chłopca z nostalgicznym spojrzeniem aniżeli na mężczyznę w sile wieku. Jest jak taki ciepły, pucaty misiu, który patrzy jednym oczkiem serdecznie i mamy wrażenie, że widzi coś więcej niż koniec swojego nosa. Na zdjęciu wygląda mi na człowieka, który mówi: myślę, rozważę, wybiorę, co uznam za szlachetniejsze. Dlatego mnie bardziej podoba się Jarosław. Lubię myślących ludzi, którzy pozwalają sobie na wątpliwości. Jacek odpada, bo on mi wygląda na takiego, który spryt myli z mądrością. Jarek szlachetniejszy, Jacek sprytniejszy. Także dla mnie wybór był oczywisty.
Z ciekawości przeczytałam też ARTYKUŁ ale dopiero po tym, jak napisałam posta. O Jacku Kurskim wiedziałam oczywiście więcej, ale są to same niepochlebne rzeczy. A o Jarosławie Kurskim wiedziałam jedynie to, że jest dziennikarzem i ma brata, do którego wstyd się przyznać.
Na koniec posłuchajcie czegoś ładnego. "Wywar z przywar" to tekst mojego ulubionego Andrzeja Poniedzielskiego, w którym to Andrzeju kocham się od lat. Piosenkę z tym tekstem pięknie zaśpiewał i zagrał zespół Pod Budą.
I na dzisiaj to by było na tyle
Zdjęcie z zalinkowanego artykułu
środa, 22 lipca 2020
Górna
We
wspomnieniach z mojego dzieciństwa i młodości oprócz pani Bogumiły,
pana Teofila, jest jeszcze pani Maria, zwana przez wszystkich
od nazwiska Górną. Część z tej historii znam z opowiadań mojej mamy, część pamiętam, bo Górna była niezbyt lubianym, ale częstym gościem w moim rodzinnym domu.
Górna przyjechała do Lublina z jakiejś podlubelskiej wsi. Po śmierci ojca sprzedała dużą gospodarkę rodziców, ziemie po dziadkach oraz większość swojego dobytku. Powodem przenosin była niechęć do ciężkiej pracy na roli i przemożna potrzeba znalezienia w mieście męża. W rodzinnej wsi nie udało się Górnej znaleźć chętnego na jej wianek, a miała już prawie pięćdziesiąt lat, więc nie było na co czekać. Zabrała ze sobą matkę staruszkę, parę rzeczy do urządzenia nowego domu i opuściła rodzinną wieś. Ten nowy dom kupiła Górna od moich rodziców, którzy po wybudowaniu większego sprzedawali stary, zbyt ciasny dla rodziny. Dom rzeczywiście był niewielki, bo składał się z pokoju, kuchni i sieni, ale miał tę zaletę, że był tani.
Czego się można po niej spodziewać Górna pierwszy raz pokazała podczas wizyty u notariusza. Wszystko już było dogadane, pozostało tylko podpisać dokumenty i uregulować zapłatę, gdy okazało się, że kupująca nie ma ustalonej wcześniej kwoty.
- Ludzie opuśćta mi troche, bo widzita, że ni mam - zaapelowała Górna.
- Kwota nieduża, więc zawsze możecie to dopłacić później - powiedział notariusz, który nie chciał dwa razy zajmować się jedną sprawą.
- No przecie - zgodziła się Górna.
- Dobrze. Mieszkamy po sąsiedzku to nie będzie z tym kłopotu - powiedziała moja Mama, bo Tata nie zdążył się odezwać.
Umowa została przypieczętowana, ale kłopot był, bo Górna ani myślała coś dokładać do tego, co zapłaciła u notariusza. Mama cierpliwie poczekała kilka dni, bo Górna urządzała się na nowym mieszkaniu, więc mogła nie mieć głowy do latania po sąsiadach. Jak Górna się już urządziła, ale dalej nie przychodziła oddać długu, Mama poszła upomnieć się o swoje.
- Przecie wszystko załatwione he,he,he, ja sie wypłaciła - powiedziała Górna ze śmiechem, gdy Mama wyjawiła cel wizyty. Górna często tak się śmiała, gdy chciała kogoś okpić.
- Miała pani dopłacić te pieniądze, których pani zabrakło - nie odpuszczała Mama.
- Notariusz świadkiem - tu Mama podparła się urzędową osobą, bo Górna już składała usteczka do swojego he he he.
- Oj pani kochana, ja ni mam - zaczęła biadolić Górna, mrużąc oczy, żeby wycisnąć choć jedną łzę.
- My z matko musiemy za te piniondze za sprzedane morgi do końca życia żyć. Matka zaświadczy. Niech pani kochana opuści - prosiła składając błagalnie ręce i krzywiąc się do udawanego płaczu.
Mama zawsze była wrażliwa na ludzką biedę, więc machnęła ręką na dług i przez następne dwa tygodnie żyła w przekonaniu, że zrobiła coś dobrego dla biednej wiejskiej kobiety. Po dwóch tygodniach Górna odwiedziła Mamę i konspiracyjnym szeptem zdradziła, po co przyszła.
- Pani kochana ja potrzebuje pomocy, bo te piniondze co to ja mam za ziemie, to musze do banku zanieść na ksionżeczke, żeby mnie kto nie okradł. A przecie ja sama głupia, to nie wim gdzie i jak to załatwić. Pani kochana mnie zaprowadzi - powiedziała Górna.
- No dobrze. Jutro mogę panią zaprowadzić - zgodziła się Mama, która zawsze się zgadzała, gdy ktoś prosił o pomoc, to i dla Górnej nie zrobiła wyjątku. Następnego dnia poszły obie do banku. Mamę zastanowiła wielkość płóciennej siatki, którą Górna ściskała ile sił w garści, ale z grzeczności o nic nie pytała. Kiedy przyszły do banku Mama chciała zostawić Górną sam na sam z urzędniczką, ale Górna nie chciała się puścić maminego mankietu.
- Pani kochana, gdzie pani idziesz?! Ja sama nie poradze - syknęła, więc Mama karnie poszła z nią do kasowego okienka.
- Ta pani chce założyć książeczkę oszczędnościową - powiedziała Mama wskazując na Górną.
- Ile pani chce wpłacić na książeczkę? - zapytała urzędniczka.
- Wszystko pani kochana he, he, he - powiedziała Górna, która kochała wszystkie panie, od których czegoś chciała.
- Ale ile ma pani pieniędzy? - zapytała urzędniczka. Górna zamiast odpowiedzieć rzuciła na pulpit wypchaną siatkę.
- Pani Górna, niech pani wyjmie tylko pieniądze - włączyła się w akcję Mama.
- Przecie to same piniondze so - wyjaśniła Górna.
Mama widząc zniecierpliwienie urzędniczki i gamoniowatość sąsiadki, wzięła siatkę, żeby wyjąć pieniądze. I wtedy okazało się, że jednak Górna mówiła prawdę. W siatce były wyłącznie pieniądze.
Mamę tak zatkało, że nie pomyślała, żeby skorzystać z okazji i odebrać to, co Górna była jej winna za dom. Kiedy już wyszły z banku, Mama ochłonęła na tyle, żeby powiedzieć sąsiadce, co myśli o jej zachowaniu.
- Jak pani nie wstyd, mieć tyle pieniędzy i naciągać ludzi? - powiedziała zirytowana.
- Pani kochana, przecie my z matkom do końca życia te piniondze mamy - poleciała starą śpiewką Górna.
Mama zgrzytnęła zębami, machnęła ręką, przyśpieszyła kroku i poszła do domu. Górna leciała za nią biegiem, żeby się nie zgubić.
Kolejny przykład skąpstwa Górnej był cięższego kalibru, bo dotyczył bezbronnej staruszki. Opieka Górnej nad matką była takiego rodzaju, co to można życzyć wrogowi, jak ktoś jest bardzo mściwy. Matka Górnej miała dobrze ponad siedemdziesiąt lat, gdy razem z córką sprowadziła się do miasta. Oderwana od swojego środowiska i zdana jedynie na córkę była wzorem pokory i potulności. W domu robiła wszystko, sprzątała, prała na tarze, paliła w piecu i przynosiła wodę z pobliskiej studni, bo jej Marysia ciągle na coś cierpiała. Cierpiąca Marysia zażywała dla zdrowotności różne mikstury i całe dnie zalegała w łóżku. Wyjątkiem były posiłki, bo tu Marysia rządziła się sama. A rządziła się bardzo oszczędnie, bo sąsiedzi nie raz słyszeli, jak staruszka pytała o jedzenie. Dziwnym trafem, Marysia trapiona różnymi dolegliwościami ciągle była jednakowo rumiana i dość gruba zaś jej matka była coraz bledsza i chudsza.
Staruszka często siadała na ławeczce przed domem i obserwowała sąsiadów. Lubiła zagadać do ludzi idących ulicą albo pracujących w swoich ogródkach. Sąsiedzi lubili ją za życzliwość i bezzębny uśmiech, którego nikomu nie żałowała. Jej córka niby też zagadywała do ludzi, też chętnie rozdawała to swoje he he he, które miało być serdecznym śmiechem, ale jakoś nikt jej nie lubił. Było w tej kobiecie coś takiego fałszywego, że ludzie jej unikali. Dlatego też Górna nie miała żadnych bliższych znajomych. Najwięcej czasu spędzała w domu, a wychodziła tylko do sklepu albo do kościoła. Kiedy wieczorem Górna zaczynała kręcić się po domu, jej matka podnosiła się z ławeczki i stając w drzwiach, upominała się o jedzenie.
- Marysia bedziemy jeść kolacje?
- Przyjde z kościoła to wam dam - odpowiadała Górna.
- Marysia głodnam - mówiła staruszka, gdy Górna wracała z kościoła.
- Matka idziewa spać. Na noc nie trza sie objadać, bo majaki potem menczo - odpowiadała Górna i szły spać.
Ten dialog powtarzał się wiele razy. I rzeczywiście, już niecałe dwa lata od przeprowadzki do miasta, staruszce dobrze się spało, tyle że snem wiecznym. Gdyby nie sąsiedzi, to pewnie matka Górnej jeszcze szybciej dostąpiłaby przyjemności dobrego niczym nie zmąconego snu.
Staruszka bała się rozmodlonej córki bardziej niż diabeł święconej wody, ale przymuszona głodem prosiła o poczęstunek sąsiadów. I tym narażała się córce.
- Jak matka bendzie tak na żebry chodzić, to matke zabioro do taki umieralni, co jest w Łańcucie - Górna straszyła matkę domem opieki.
Strach przed domem opieki był skuteczny, więc matka Górnej z czasem przestała upominać się u sąsiadów o jedzenie i odmawiała przyjęcia najmniejszego nawet poczęstunku. I było, jak było.
Po śmierci matki Górna zaczęła zaglądać do nas częściej. I zawsze w porze obiadu. Widocznie uznała, że skoro sąsiadka przestała dokarmiać jej matkę, to powinna zacząć karmić ją. Siadała więc przy kuchennym stole i tęsknie spoglądała na garnki. Siedziała dotąd aż Mama się złamała i postawiła przed nią talerz zupy, pierogów, czy co tam było na obiad.
- Mamo po co ty ją karmisz? - pytałam zła na Mamę, że daje jeść tej wrednej babie.
- Wolę dać jej talerz zupy, niż żeby ta cholera ze skąpstwa się zagłodziła - odpowiadała Mama.
I znowu było, jak było. Górna przychodziła do nas jak do stołówki, a ja ugruntowywałam w sobie niechęć do skąpych dewotek.
Górna była starą panną i bardzo ją to staropanieństwo gniotło. Dlatego rozglądała się po dzielnicy za jakimś kawalerem. Niestety wszyscy mężczyźni, którzy wiekowo pasowali do Górnej, byli zajęci albo nie byli nią zainteresowani. Wyjątek stanowił pan Teofil, bo chociaż nie miał dobrej opinii i nie wykazywał zainteresowania Górną, to był kawalerem w odpowiednim wieku. A że na bezrybiu i rak ryba, to Górna zaczęła brać pana Teofila pod uwagę jako kandydata na męża. W jej ciasnym umyśle zakiełkowała myśl, że skoro on kawaler praktycznie bez mieszkania, a ona panna z domem i dużą ilością gotówki, to są dla siebie stworzeni. Ponieważ ze wszystkimi swoimi sprawami zwalała się na głowę mojej Mamie, to przyszła i z tym.
- Pani kochana, ja potrzebuje pomocy. Trza mi pomóc z tem Teofilem - oznajmiła któregoś razu.
- W czym mam pani pomóc? On coś pani zrobił? - spytała zdziwiona Mama.
- Hee hee he. No jeszcze nie, ale ja bym sie zgodziła - powiedziała ze śmiechem Górna.
- Nie rozumiem - przyznała się Mama, bo jakoś nie przyszło jej do głowy, że Górna może być tak głupia, żeby przymierzać się do pana Teofila.
- He, he, he, menżatka i nie rozumie. Przecie to proste. Ja sama, on sam, to trza czegoś wiency - wyłuszczyła sprawę Górna.
- Przecież on nie będzie chciał - powiedziała Mama, której propozycja matrymonialna Górnej coraz bardziej nie mieściła się w głowie.
- Eee, co tam wariat może chcieć albo nie. On mnie po renkach powinien całować, bo kto by takiego wariata chciał - wyjaśniła Górna.
- Ale pani go chce, mimo że wariat - powiedziała kąśliwie Mama, której już zaczynało brakować cierpliwości.
- Bo ja krześcijanka jezdem, to nawet nad wariatem sie ulituje - zadeklarowała się Górna.
- To niech mu pani to powie i nie zawraca mi głowy - rzuciła zirytowana Mama, której dziwnie nie podobało się miłosierdzie Górnej.
- To nie pomoże pani kochana? - dopytywała Górna, robiąc przy tym zbolałą minę.
- Pani to chyba sobie żarty robi. Pan Teofil, to wykształcony człowiek - wtrąciłam się niepytana, chociaż Mama posłała mi wzrokiem dwa pioruny.
- Wykształcony, ale głupi i gołodupiec, a ja mam dom i piniondze - podsumowała Górna.
- Pani kochana to jak bendzie, pomożesz pani? - Górna znowu czepiła się Mamy.
- Nijak będzie. Sąsiadka mówi, że Teofil głupi, a sama gada jakby rozumu nie miała. Ja w żadne swaty bawić się nie będę - powiedziała Mama wyraźnie zła, więc Górna, z westchnieniem kołyszącym firanki, opuściła naszą kuchnię.
Jednak panieństwo bardzo Górnej dokuczało, więc sama zaatakowała pana Teofila, gdy ten siedział w towarzystwie pani Bogumiły i moim w przydomowym ogrodzie.
- Co tak siedzo? Nie gorąco im? - zagaiła otwierając furtkę i
nie czekając na odpowiedź podeszła bliżej ławeczki.
- Teofil by sie ruszył i poszedł ze mno. W domu mam zimny kompot. He he he - zaproponowała z perlistym śmiechem.
Pan Teofil zamrugał nerwowo oczami, uniósł brwi i pytającym wzrokiem spojrzał na panią Bogumiłę.
- Nie słyszał? - atakowała Górna cała w pąsach, bo raz, że rzeczywiście było gorąco, dwa, że chyba była zestresowana tymi jednostronnymi zalotami.
- Słyszał, ale nie zgłupiał - odpowiedział niezbyt grzecznie pan Teofil wzruszając przy tym ramionami.
Górna chwilę milczała zaskoczona obcesowością potencjalnego kawalera. Ja parsknęłam i kaszlnęłam, żeby ukryć śmiech. Pani Bogumiła zachowała kamienną twarz.
- Wariat! Regularny wariat- rzuciła Górna, przerywając milczenie i poleciała w stronę furtki.
- Ale nie aż taki - powiedziała pani Bogumiła. Ja znowu się zaśmiałam zaś pan Teofil znowu wzruszył ramionami.
Skoro Górnej nie wyszły zaloty, nawet te do wariata Teofila, to jeszcze bardziej poszła w dewocję. Latała do kościoła dwa razy dziennie i przodowała w nawracaniu wszystkich, których mijała po drodze. Jej religijność była wyłącznie odpustowa, bo ani wiedziała do końca w co wierzy, ani żyła zgodnie z ewangelią. Najwięcej miała w sobie pychy i niechęci do ludzi. Innych brała za głupców, których może okpić. A na koniec ktoś okpił ją.
Skutkiem jej wybujałej religijności było to, że często się spowiadała. Kiedyś musiała się wyspowiadać ze swoich oszczędności, bo całkiem nagle zainteresował się nią wikary z naszej parafii. Nie był to co prawda taki kawaler, o jakiego Górnej chodziło, nie było też szansy, że kiedyś jego spodnie zawisną w jej szafie, ale i tak Górna była szczęśliwa. Ksiądz odwiedzał ją kilka razy w miesiącu, więc była dumna i bardzo się z tą dumą obnosiła po całej okolicy. Moja Mama cierpliwie wysłuchiwała historii o tym, jak ksiądz Stanisław ma ciężko na plebanii, jak bardzo ceni sobie towarzystwo Górnej, uważając ją za pierwszą tercjankę na całą dzielnicę i jak bardzo docenia jej religijność. Ja byłam młoda i głupia, więc doszukiwałam się w zachowaniu ks. Stanisława szlachetnych pobudek i współczułam mu, że z własnej woli skazuje się na towarzystwo Górnej.
- Już ty mu tak nie współczuj. On za to uszczęśliwianie Górnej słono sobie liczy - zgasiła mnie Mama, która była lepiej zorientowana w życiu Górnej. Nic więcej powiedzieć nie powiedziała, a ja też niespecjalnie dopytywałam. Po mniej więcej pięciu latach zażyłości Górnej z ks. Stanisławem sytuacja Górnej miała się zmienić.
- Pani kochana, ja bede sprzedawać dom i trza mi pomóc - zakomunikowała Górna.
- To gdzie się pani podzieje? - spytała Mama.
- Ksiondz Stanisław znalazł mi taki dom, co tam wszystko mi dadzo - odpowiedziała Górna, ale minę miała nietęgą.
- Na pewno pani tego chce? - dociekała Mama, która współczuła każdej biedzie i każdą biedę chciała łatać.
- Ksiondz Stanisław mówi, że tak bedzie najlepi. Jak trza, to trza - smętnie wyjaśniła Górna.
- To w czym mam pani pomóc? - spytała Mama.
- Trza po mnie posprzontać. Ja ni mam siły i wyprowadzać sie prendko musze. Te nowe właściciele to za tydzień chco już mieszkać - wyjaśniła Górna.
- A dlaczego my mamy po pani sprzątać? Niech pani kogoś wynajmie - wtrąciłam się do rozmowy, bo już oczami wyobraźni widziałam, jak na spółkę z Mamą pucujemy chałupę Górnej.
- Przecie to wasz dom. Ja na wynajmowanie ludzi piniendzy ni mom - powiedziała zdenerwowana Górna.
- No chyba pieniędzy to pani nie brakuje. Bajka ma rację. Niech pani komuś zapłaci, to posprząta - powiedziała Mama, której odbiło się jeszcze kwasem po pierwszej sprzedaży domu.
- Pani kochana, ja piniendzy ni mom. Jak sie nie wyniese, to te ludzie nie kupiom domu i pójde pod most, bo miejsce w tym drugim domu przepadnie - biadoliła Górna.
- To niech ksiądz Stanisław zdejmie sukienki i posprząta - wypaliłam, bo już zaczęła mi przez skórę wychodzić moja wredność.
- Jezusie kochany. Co ta dziewcyca gada, ksiondz ma sprzontać? - oburzyła się Górna.
- Niech pani umówi się z tymi ludźmi, że mniej zapłacą za dom w zamian za to, że sami sobie wszystko uprzątną - powiedziała Mama, która nie chciała pozwolić, żeby Górna znowu ją wykorzystała.
- Pani kochana, wszystkie piniondze ido na ten dom, co ja tera bende. Ja wiency piniendzy ni mom - uderzyła Górna w lamenty. I teraz nie krzywiła się jak zawsze, ale rzeczywiście się popłakała.
Mamę zatkało, mnie trochę też, bo po Górnej było widać, że tym razem jest naprawdę źle. Kiedy my siedziałyśmy takie zatkane, Górna wykorzystała sytuację i rzuciwszy klucz na kuchenny stół wypadła do sieni i tyle ją widziałyśmy.
- Znowu mnie cholera wrobiła - z rezygnacją powiedziała Mama, która na okrągło dawała się wrabiać, bo nikogo nie podejrzewała o to, czego sama by nie zrobiła. Następnego dnia po Górnej nie było śladu. Ponieważ widok Górnej pod mostem jednak Mamie przeszkadzał, to delegowała Tatę i mojego przyszłego męża do sprzątania chałupy Górnej. Ja się nie dałam. Okazało się, że w mieszkaniu za dużo roboty nie było, bo co można było sprzedać, to Górna sprzedała. Został kredens z pourywanymi drzwiczkami, parę połamanych krzeseł i stół z przypalonym blatem. Tata z przyszłym zięciem szybko te graty wynieśli na śmietnik i wystarczyło już tylko omieść pajęczyny. Dopiero sprzątnięcie piwnicy powaliło ich na kolana w przenośni i dosłownie. Okazało się, że cała piwnica po sam strop zawalona była ogromną ilością butelek.
Żeby uzbierać tyle butelek Górna musiała bardzo dużo pić. Jednak jako przyzwoita panna i katoliczka nie mogła tak zwyczajnie pić wódki czy spirytusu. Ale wystarczyło wrzucić do butelki jakieś ziele albo owoc i już dostępowało się rozgrzeszenia, nawet bez udziału księdza. Toteż Górna "leczyła" się lata całe robionymi przez siebie miksturami. Kłopot był z butelkami, bo przecież sąsiedzi nie powinni widzieć, że skromna stara panienka wynosi ciągle puste butelki po alkoholach. Ale i na to Górna znalazła sposób, wrzucała butelki do piwnicy i już było po kłopocie. Także ostatnią tajemnicą Górnej było to, że była pospolitą pijaczką.
Jak ktoś ciekawy, dlaczego poświęciłam tyle uwagi nielubianej Górnej, to już wyjaśniam. No chyba głównie dlatego, że przypomniałam sobie o niej. A Górna lubiana czy nie, to jednak zaistniała w moim życiu. Patrząc na nią uczyłam się jaka nie chcę być, bo każdy człowiek czegoś nas uczy. Górna pokazała mi jaka jest różnica pomiędzy człowiekiem wierzącym a religijnym. Ona była wyłącznie religijna i to w pośledniej odmianie religijności. Pod koniec życia trafiła na człowieka, który ją przechytrzył, otumanił i wykorzystał. W domu opieki nie żyła długo, bo straciła dwa najistotniejsze dla niej powody do życia: pieniądze i religię. Ksiądz Stanisław nie oddał pieniędzy, które miał oddać i zniknął z jej życia. Można powiedzieć, że dostała to na co sobie zapracowała, a jednak jest mi jej żal, bo żal mi każdego człowieka, który pod koniec życia czuje się przegrany. A jestem pewna, że ona tak się czuła, dlatego warta jest choć jednej serdecznej łzy. Jej życie mogło się nie podobać, ale też los poskąpił jej trochę szczęścia na jej miarę, więc żyła jak umiała. Dlatego zapalam jej tę świeczkę pamięci, bo była i coś znaczyła.
I na dzisiaj to by było na tyle.
Rysunek złowiony w sieci.
Górna przyjechała do Lublina z jakiejś podlubelskiej wsi. Po śmierci ojca sprzedała dużą gospodarkę rodziców, ziemie po dziadkach oraz większość swojego dobytku. Powodem przenosin była niechęć do ciężkiej pracy na roli i przemożna potrzeba znalezienia w mieście męża. W rodzinnej wsi nie udało się Górnej znaleźć chętnego na jej wianek, a miała już prawie pięćdziesiąt lat, więc nie było na co czekać. Zabrała ze sobą matkę staruszkę, parę rzeczy do urządzenia nowego domu i opuściła rodzinną wieś. Ten nowy dom kupiła Górna od moich rodziców, którzy po wybudowaniu większego sprzedawali stary, zbyt ciasny dla rodziny. Dom rzeczywiście był niewielki, bo składał się z pokoju, kuchni i sieni, ale miał tę zaletę, że był tani.
Czego się można po niej spodziewać Górna pierwszy raz pokazała podczas wizyty u notariusza. Wszystko już było dogadane, pozostało tylko podpisać dokumenty i uregulować zapłatę, gdy okazało się, że kupująca nie ma ustalonej wcześniej kwoty.
- Ludzie opuśćta mi troche, bo widzita, że ni mam - zaapelowała Górna.
- Kwota nieduża, więc zawsze możecie to dopłacić później - powiedział notariusz, który nie chciał dwa razy zajmować się jedną sprawą.
- No przecie - zgodziła się Górna.
- Dobrze. Mieszkamy po sąsiedzku to nie będzie z tym kłopotu - powiedziała moja Mama, bo Tata nie zdążył się odezwać.
Umowa została przypieczętowana, ale kłopot był, bo Górna ani myślała coś dokładać do tego, co zapłaciła u notariusza. Mama cierpliwie poczekała kilka dni, bo Górna urządzała się na nowym mieszkaniu, więc mogła nie mieć głowy do latania po sąsiadach. Jak Górna się już urządziła, ale dalej nie przychodziła oddać długu, Mama poszła upomnieć się o swoje.
- Przecie wszystko załatwione he,he,he, ja sie wypłaciła - powiedziała Górna ze śmiechem, gdy Mama wyjawiła cel wizyty. Górna często tak się śmiała, gdy chciała kogoś okpić.
- Miała pani dopłacić te pieniądze, których pani zabrakło - nie odpuszczała Mama.
- Notariusz świadkiem - tu Mama podparła się urzędową osobą, bo Górna już składała usteczka do swojego he he he.
- Oj pani kochana, ja ni mam - zaczęła biadolić Górna, mrużąc oczy, żeby wycisnąć choć jedną łzę.
- My z matko musiemy za te piniondze za sprzedane morgi do końca życia żyć. Matka zaświadczy. Niech pani kochana opuści - prosiła składając błagalnie ręce i krzywiąc się do udawanego płaczu.
Mama zawsze była wrażliwa na ludzką biedę, więc machnęła ręką na dług i przez następne dwa tygodnie żyła w przekonaniu, że zrobiła coś dobrego dla biednej wiejskiej kobiety. Po dwóch tygodniach Górna odwiedziła Mamę i konspiracyjnym szeptem zdradziła, po co przyszła.
- Pani kochana ja potrzebuje pomocy, bo te piniondze co to ja mam za ziemie, to musze do banku zanieść na ksionżeczke, żeby mnie kto nie okradł. A przecie ja sama głupia, to nie wim gdzie i jak to załatwić. Pani kochana mnie zaprowadzi - powiedziała Górna.
- No dobrze. Jutro mogę panią zaprowadzić - zgodziła się Mama, która zawsze się zgadzała, gdy ktoś prosił o pomoc, to i dla Górnej nie zrobiła wyjątku. Następnego dnia poszły obie do banku. Mamę zastanowiła wielkość płóciennej siatki, którą Górna ściskała ile sił w garści, ale z grzeczności o nic nie pytała. Kiedy przyszły do banku Mama chciała zostawić Górną sam na sam z urzędniczką, ale Górna nie chciała się puścić maminego mankietu.
- Pani kochana, gdzie pani idziesz?! Ja sama nie poradze - syknęła, więc Mama karnie poszła z nią do kasowego okienka.
- Ta pani chce założyć książeczkę oszczędnościową - powiedziała Mama wskazując na Górną.
- Ile pani chce wpłacić na książeczkę? - zapytała urzędniczka.
- Wszystko pani kochana he, he, he - powiedziała Górna, która kochała wszystkie panie, od których czegoś chciała.
- Ale ile ma pani pieniędzy? - zapytała urzędniczka. Górna zamiast odpowiedzieć rzuciła na pulpit wypchaną siatkę.
- Pani Górna, niech pani wyjmie tylko pieniądze - włączyła się w akcję Mama.
- Przecie to same piniondze so - wyjaśniła Górna.
Mama widząc zniecierpliwienie urzędniczki i gamoniowatość sąsiadki, wzięła siatkę, żeby wyjąć pieniądze. I wtedy okazało się, że jednak Górna mówiła prawdę. W siatce były wyłącznie pieniądze.
Mamę tak zatkało, że nie pomyślała, żeby skorzystać z okazji i odebrać to, co Górna była jej winna za dom. Kiedy już wyszły z banku, Mama ochłonęła na tyle, żeby powiedzieć sąsiadce, co myśli o jej zachowaniu.
- Jak pani nie wstyd, mieć tyle pieniędzy i naciągać ludzi? - powiedziała zirytowana.
- Pani kochana, przecie my z matkom do końca życia te piniondze mamy - poleciała starą śpiewką Górna.
Mama zgrzytnęła zębami, machnęła ręką, przyśpieszyła kroku i poszła do domu. Górna leciała za nią biegiem, żeby się nie zgubić.
Kolejny przykład skąpstwa Górnej był cięższego kalibru, bo dotyczył bezbronnej staruszki. Opieka Górnej nad matką była takiego rodzaju, co to można życzyć wrogowi, jak ktoś jest bardzo mściwy. Matka Górnej miała dobrze ponad siedemdziesiąt lat, gdy razem z córką sprowadziła się do miasta. Oderwana od swojego środowiska i zdana jedynie na córkę była wzorem pokory i potulności. W domu robiła wszystko, sprzątała, prała na tarze, paliła w piecu i przynosiła wodę z pobliskiej studni, bo jej Marysia ciągle na coś cierpiała. Cierpiąca Marysia zażywała dla zdrowotności różne mikstury i całe dnie zalegała w łóżku. Wyjątkiem były posiłki, bo tu Marysia rządziła się sama. A rządziła się bardzo oszczędnie, bo sąsiedzi nie raz słyszeli, jak staruszka pytała o jedzenie. Dziwnym trafem, Marysia trapiona różnymi dolegliwościami ciągle była jednakowo rumiana i dość gruba zaś jej matka była coraz bledsza i chudsza.
Staruszka często siadała na ławeczce przed domem i obserwowała sąsiadów. Lubiła zagadać do ludzi idących ulicą albo pracujących w swoich ogródkach. Sąsiedzi lubili ją za życzliwość i bezzębny uśmiech, którego nikomu nie żałowała. Jej córka niby też zagadywała do ludzi, też chętnie rozdawała to swoje he he he, które miało być serdecznym śmiechem, ale jakoś nikt jej nie lubił. Było w tej kobiecie coś takiego fałszywego, że ludzie jej unikali. Dlatego też Górna nie miała żadnych bliższych znajomych. Najwięcej czasu spędzała w domu, a wychodziła tylko do sklepu albo do kościoła. Kiedy wieczorem Górna zaczynała kręcić się po domu, jej matka podnosiła się z ławeczki i stając w drzwiach, upominała się o jedzenie.
- Marysia bedziemy jeść kolacje?
- Przyjde z kościoła to wam dam - odpowiadała Górna.
- Marysia głodnam - mówiła staruszka, gdy Górna wracała z kościoła.
- Matka idziewa spać. Na noc nie trza sie objadać, bo majaki potem menczo - odpowiadała Górna i szły spać.
Ten dialog powtarzał się wiele razy. I rzeczywiście, już niecałe dwa lata od przeprowadzki do miasta, staruszce dobrze się spało, tyle że snem wiecznym. Gdyby nie sąsiedzi, to pewnie matka Górnej jeszcze szybciej dostąpiłaby przyjemności dobrego niczym nie zmąconego snu.
Staruszka bała się rozmodlonej córki bardziej niż diabeł święconej wody, ale przymuszona głodem prosiła o poczęstunek sąsiadów. I tym narażała się córce.
- Jak matka bendzie tak na żebry chodzić, to matke zabioro do taki umieralni, co jest w Łańcucie - Górna straszyła matkę domem opieki.
Strach przed domem opieki był skuteczny, więc matka Górnej z czasem przestała upominać się u sąsiadów o jedzenie i odmawiała przyjęcia najmniejszego nawet poczęstunku. I było, jak było.
Po śmierci matki Górna zaczęła zaglądać do nas częściej. I zawsze w porze obiadu. Widocznie uznała, że skoro sąsiadka przestała dokarmiać jej matkę, to powinna zacząć karmić ją. Siadała więc przy kuchennym stole i tęsknie spoglądała na garnki. Siedziała dotąd aż Mama się złamała i postawiła przed nią talerz zupy, pierogów, czy co tam było na obiad.
- Mamo po co ty ją karmisz? - pytałam zła na Mamę, że daje jeść tej wrednej babie.
- Wolę dać jej talerz zupy, niż żeby ta cholera ze skąpstwa się zagłodziła - odpowiadała Mama.
I znowu było, jak było. Górna przychodziła do nas jak do stołówki, a ja ugruntowywałam w sobie niechęć do skąpych dewotek.
Górna była starą panną i bardzo ją to staropanieństwo gniotło. Dlatego rozglądała się po dzielnicy za jakimś kawalerem. Niestety wszyscy mężczyźni, którzy wiekowo pasowali do Górnej, byli zajęci albo nie byli nią zainteresowani. Wyjątek stanowił pan Teofil, bo chociaż nie miał dobrej opinii i nie wykazywał zainteresowania Górną, to był kawalerem w odpowiednim wieku. A że na bezrybiu i rak ryba, to Górna zaczęła brać pana Teofila pod uwagę jako kandydata na męża. W jej ciasnym umyśle zakiełkowała myśl, że skoro on kawaler praktycznie bez mieszkania, a ona panna z domem i dużą ilością gotówki, to są dla siebie stworzeni. Ponieważ ze wszystkimi swoimi sprawami zwalała się na głowę mojej Mamie, to przyszła i z tym.
- Pani kochana, ja potrzebuje pomocy. Trza mi pomóc z tem Teofilem - oznajmiła któregoś razu.
- W czym mam pani pomóc? On coś pani zrobił? - spytała zdziwiona Mama.
- Hee hee he. No jeszcze nie, ale ja bym sie zgodziła - powiedziała ze śmiechem Górna.
- Nie rozumiem - przyznała się Mama, bo jakoś nie przyszło jej do głowy, że Górna może być tak głupia, żeby przymierzać się do pana Teofila.
- He, he, he, menżatka i nie rozumie. Przecie to proste. Ja sama, on sam, to trza czegoś wiency - wyłuszczyła sprawę Górna.
- Przecież on nie będzie chciał - powiedziała Mama, której propozycja matrymonialna Górnej coraz bardziej nie mieściła się w głowie.
- Eee, co tam wariat może chcieć albo nie. On mnie po renkach powinien całować, bo kto by takiego wariata chciał - wyjaśniła Górna.
- Ale pani go chce, mimo że wariat - powiedziała kąśliwie Mama, której już zaczynało brakować cierpliwości.
- Bo ja krześcijanka jezdem, to nawet nad wariatem sie ulituje - zadeklarowała się Górna.
- To niech mu pani to powie i nie zawraca mi głowy - rzuciła zirytowana Mama, której dziwnie nie podobało się miłosierdzie Górnej.
- To nie pomoże pani kochana? - dopytywała Górna, robiąc przy tym zbolałą minę.
- Pani to chyba sobie żarty robi. Pan Teofil, to wykształcony człowiek - wtrąciłam się niepytana, chociaż Mama posłała mi wzrokiem dwa pioruny.
- Wykształcony, ale głupi i gołodupiec, a ja mam dom i piniondze - podsumowała Górna.
- Pani kochana to jak bendzie, pomożesz pani? - Górna znowu czepiła się Mamy.
- Nijak będzie. Sąsiadka mówi, że Teofil głupi, a sama gada jakby rozumu nie miała. Ja w żadne swaty bawić się nie będę - powiedziała Mama wyraźnie zła, więc Górna, z westchnieniem kołyszącym firanki, opuściła naszą kuchnię.
Jednak panieństwo bardzo Górnej dokuczało, więc sama zaatakowała pana Teofila, gdy ten siedział w towarzystwie pani Bogumiły i moim w przydomowym ogrodzie.
- Co tak siedzo? Nie gorąco im? - zagaiła otwierając furtkę i
nie czekając na odpowiedź podeszła bliżej ławeczki.
- Teofil by sie ruszył i poszedł ze mno. W domu mam zimny kompot. He he he - zaproponowała z perlistym śmiechem.
Pan Teofil zamrugał nerwowo oczami, uniósł brwi i pytającym wzrokiem spojrzał na panią Bogumiłę.
- Nie słyszał? - atakowała Górna cała w pąsach, bo raz, że rzeczywiście było gorąco, dwa, że chyba była zestresowana tymi jednostronnymi zalotami.
- Słyszał, ale nie zgłupiał - odpowiedział niezbyt grzecznie pan Teofil wzruszając przy tym ramionami.
Górna chwilę milczała zaskoczona obcesowością potencjalnego kawalera. Ja parsknęłam i kaszlnęłam, żeby ukryć śmiech. Pani Bogumiła zachowała kamienną twarz.
- Wariat! Regularny wariat- rzuciła Górna, przerywając milczenie i poleciała w stronę furtki.
- Ale nie aż taki - powiedziała pani Bogumiła. Ja znowu się zaśmiałam zaś pan Teofil znowu wzruszył ramionami.
Skoro Górnej nie wyszły zaloty, nawet te do wariata Teofila, to jeszcze bardziej poszła w dewocję. Latała do kościoła dwa razy dziennie i przodowała w nawracaniu wszystkich, których mijała po drodze. Jej religijność była wyłącznie odpustowa, bo ani wiedziała do końca w co wierzy, ani żyła zgodnie z ewangelią. Najwięcej miała w sobie pychy i niechęci do ludzi. Innych brała za głupców, których może okpić. A na koniec ktoś okpił ją.
Skutkiem jej wybujałej religijności było to, że często się spowiadała. Kiedyś musiała się wyspowiadać ze swoich oszczędności, bo całkiem nagle zainteresował się nią wikary z naszej parafii. Nie był to co prawda taki kawaler, o jakiego Górnej chodziło, nie było też szansy, że kiedyś jego spodnie zawisną w jej szafie, ale i tak Górna była szczęśliwa. Ksiądz odwiedzał ją kilka razy w miesiącu, więc była dumna i bardzo się z tą dumą obnosiła po całej okolicy. Moja Mama cierpliwie wysłuchiwała historii o tym, jak ksiądz Stanisław ma ciężko na plebanii, jak bardzo ceni sobie towarzystwo Górnej, uważając ją za pierwszą tercjankę na całą dzielnicę i jak bardzo docenia jej religijność. Ja byłam młoda i głupia, więc doszukiwałam się w zachowaniu ks. Stanisława szlachetnych pobudek i współczułam mu, że z własnej woli skazuje się na towarzystwo Górnej.
- Już ty mu tak nie współczuj. On za to uszczęśliwianie Górnej słono sobie liczy - zgasiła mnie Mama, która była lepiej zorientowana w życiu Górnej. Nic więcej powiedzieć nie powiedziała, a ja też niespecjalnie dopytywałam. Po mniej więcej pięciu latach zażyłości Górnej z ks. Stanisławem sytuacja Górnej miała się zmienić.
- Pani kochana, ja bede sprzedawać dom i trza mi pomóc - zakomunikowała Górna.
- To gdzie się pani podzieje? - spytała Mama.
- Ksiondz Stanisław znalazł mi taki dom, co tam wszystko mi dadzo - odpowiedziała Górna, ale minę miała nietęgą.
- Na pewno pani tego chce? - dociekała Mama, która współczuła każdej biedzie i każdą biedę chciała łatać.
- Ksiondz Stanisław mówi, że tak bedzie najlepi. Jak trza, to trza - smętnie wyjaśniła Górna.
- To w czym mam pani pomóc? - spytała Mama.
- Trza po mnie posprzontać. Ja ni mam siły i wyprowadzać sie prendko musze. Te nowe właściciele to za tydzień chco już mieszkać - wyjaśniła Górna.
- A dlaczego my mamy po pani sprzątać? Niech pani kogoś wynajmie - wtrąciłam się do rozmowy, bo już oczami wyobraźni widziałam, jak na spółkę z Mamą pucujemy chałupę Górnej.
- Przecie to wasz dom. Ja na wynajmowanie ludzi piniendzy ni mom - powiedziała zdenerwowana Górna.
- No chyba pieniędzy to pani nie brakuje. Bajka ma rację. Niech pani komuś zapłaci, to posprząta - powiedziała Mama, której odbiło się jeszcze kwasem po pierwszej sprzedaży domu.
- Pani kochana, ja piniendzy ni mom. Jak sie nie wyniese, to te ludzie nie kupiom domu i pójde pod most, bo miejsce w tym drugim domu przepadnie - biadoliła Górna.
- To niech ksiądz Stanisław zdejmie sukienki i posprząta - wypaliłam, bo już zaczęła mi przez skórę wychodzić moja wredność.
- Jezusie kochany. Co ta dziewcyca gada, ksiondz ma sprzontać? - oburzyła się Górna.
- Niech pani umówi się z tymi ludźmi, że mniej zapłacą za dom w zamian za to, że sami sobie wszystko uprzątną - powiedziała Mama, która nie chciała pozwolić, żeby Górna znowu ją wykorzystała.
- Pani kochana, wszystkie piniondze ido na ten dom, co ja tera bende. Ja wiency piniendzy ni mom - uderzyła Górna w lamenty. I teraz nie krzywiła się jak zawsze, ale rzeczywiście się popłakała.
Mamę zatkało, mnie trochę też, bo po Górnej było widać, że tym razem jest naprawdę źle. Kiedy my siedziałyśmy takie zatkane, Górna wykorzystała sytuację i rzuciwszy klucz na kuchenny stół wypadła do sieni i tyle ją widziałyśmy.
- Znowu mnie cholera wrobiła - z rezygnacją powiedziała Mama, która na okrągło dawała się wrabiać, bo nikogo nie podejrzewała o to, czego sama by nie zrobiła. Następnego dnia po Górnej nie było śladu. Ponieważ widok Górnej pod mostem jednak Mamie przeszkadzał, to delegowała Tatę i mojego przyszłego męża do sprzątania chałupy Górnej. Ja się nie dałam. Okazało się, że w mieszkaniu za dużo roboty nie było, bo co można było sprzedać, to Górna sprzedała. Został kredens z pourywanymi drzwiczkami, parę połamanych krzeseł i stół z przypalonym blatem. Tata z przyszłym zięciem szybko te graty wynieśli na śmietnik i wystarczyło już tylko omieść pajęczyny. Dopiero sprzątnięcie piwnicy powaliło ich na kolana w przenośni i dosłownie. Okazało się, że cała piwnica po sam strop zawalona była ogromną ilością butelek.
Żeby uzbierać tyle butelek Górna musiała bardzo dużo pić. Jednak jako przyzwoita panna i katoliczka nie mogła tak zwyczajnie pić wódki czy spirytusu. Ale wystarczyło wrzucić do butelki jakieś ziele albo owoc i już dostępowało się rozgrzeszenia, nawet bez udziału księdza. Toteż Górna "leczyła" się lata całe robionymi przez siebie miksturami. Kłopot był z butelkami, bo przecież sąsiedzi nie powinni widzieć, że skromna stara panienka wynosi ciągle puste butelki po alkoholach. Ale i na to Górna znalazła sposób, wrzucała butelki do piwnicy i już było po kłopocie. Także ostatnią tajemnicą Górnej było to, że była pospolitą pijaczką.
Jak ktoś ciekawy, dlaczego poświęciłam tyle uwagi nielubianej Górnej, to już wyjaśniam. No chyba głównie dlatego, że przypomniałam sobie o niej. A Górna lubiana czy nie, to jednak zaistniała w moim życiu. Patrząc na nią uczyłam się jaka nie chcę być, bo każdy człowiek czegoś nas uczy. Górna pokazała mi jaka jest różnica pomiędzy człowiekiem wierzącym a religijnym. Ona była wyłącznie religijna i to w pośledniej odmianie religijności. Pod koniec życia trafiła na człowieka, który ją przechytrzył, otumanił i wykorzystał. W domu opieki nie żyła długo, bo straciła dwa najistotniejsze dla niej powody do życia: pieniądze i religię. Ksiądz Stanisław nie oddał pieniędzy, które miał oddać i zniknął z jej życia. Można powiedzieć, że dostała to na co sobie zapracowała, a jednak jest mi jej żal, bo żal mi każdego człowieka, który pod koniec życia czuje się przegrany. A jestem pewna, że ona tak się czuła, dlatego warta jest choć jednej serdecznej łzy. Jej życie mogło się nie podobać, ale też los poskąpił jej trochę szczęścia na jej miarę, więc żyła jak umiała. Dlatego zapalam jej tę świeczkę pamięci, bo była i coś znaczyła.
I na dzisiaj to by było na tyle.
Rysunek złowiony w sieci.
poniedziałek, 20 lipca 2020
Oszaleć można. Mój mąż zgadza się z Terlikowskim i przeszkadza mu ślub Kurskiego
Siedzimy sobie z mężem każde w swoim pokoju. Ja czytam książkę, co robi mąż nie wiem, bo chwilowo nie ograniczam mu wolności osobistej. Jak zacznę ograniczać to będę wymagała raportowania co, jak, gdzie i kiedy.
- No nie, to są jakieś jaja - dolatuje do mnie głos męża, a za chwilę dolatuje też mąż.
- Czytałaś?- pyta wyraźnie zbulwersowany.
- Co miałam czytać?- pytam spokojnie, bo ja ostatnio usiłuję robić za oazę spokoju, podczas gdy mój mąż, do niedawna oaza spokoju, przeżywa wszystko jak egzaltowana stara panna. No, tak nam się na starość pozmieniało.
- Kurski wziął ślub kościelny - donosi mąż.
- To co, ty też masz ślub kościelny. Nie masz mu czego zazdrościć - mówię bez zaangażowania, bo książka ciekawsza niż rewelacje o ślubie.
- Nie rozumiesz. On po 20 latach unieważnił sobie pierwszy ślub kościelny i teraz wziął drugi z drugą żoną - tłumaczy mąż ciągle jednakowo wzburzony.
- Rozumiem, że mu zazdrościsz, ale muszę cię zmartwić, tobie się raczej nie uda pójść w ślady Kurskiego. Po pierwsze, miałeś o 20 lat więcej, żeby sobie uzmysłowić, że żyjesz z nieodpowiednią kobietą. Po drugie, nie masz takich znajomości w episkopacie jak on - rozwiałam nadzieje męża.
- Ja mówię poważnie - żachnął się mąż.
- Tak się składa, że ja też - pochwaliłam się, że chociaż raz jesteśmy zgodni.
- Ty sobie żartujesz, a ja naprawdę nie mogę zrozumieć, jak to jest. Ci ludzie ciągle powołują się na wartości, deklarują jacy to są religijni, a mają gdzieś (mąż nie używa brzydkich wyrazów) wszelkie zasady. Są obrazą dla rozumu, dla przyzwoitości, dla sakramentów, które zawarli i wszystko im wolno? Kościół poucza o świętości małżeństwa, mówi o nierozerwalności więzów małżeńskich, a potem hurtowo unieważnia śluby? To jak to można zrozumieć - kłopotał się mój bezrozumny mąż, który 40 lat temu wziął ślub kościelny, chociaż nigdy z Kościołem nie było mu po drodze, ale narzeczona chciała, to przysięgał przed ołtarzem. Mało tego, tę przysięgę i swoje słowo szanuje do dziś, jak jakiś głupi. A tu tacy świętsi i lepsi od niego lekce sobie ważą sakramenty i świętość przysięgi, to nic dziwnego, że się w chłopie wszystko burzy. Jakbym miała w tym interes, to bym mu podpowiedziała, że mógłby się zaprzeć, że nie wiedział co robi, bo ślub brał z dyspensy biskupa jako osoba niewierząca. Mógłby powiedzieć, że nie tak sobie wyobrażał katolicką żonę i teraz się rozmyślił, więc chce się odślubić. Ale interesu nie mam żadnego, więc powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Widzisz kochany, oni mają nad tobą przewagę. Ty nie rozumiesz, bo ty nie jesteś katolikiem. Jakbyś był katolikiem, to byś zrozumiał, jak to możliwe, że można mieć w dupie sakrament. A tak, to nic z tego.
- No chyba, że tak. To ja bardzo się cieszę, że nie jestem katolikiem - podsumował mąż.
- Masz rację. Ciesz się przynajmniej z tego, bo z taką żoną jak ja, to zmartwień ci nie brakuje, więc każda okazja do radości jest na wagę złota - poparłam męża, bo ja zawsze męża popieram, jak mi się opłaci.
Męża uspokoiłam, ale sama zaczęłam się zastanawiać, bo przecież jestem katoliczką. Od dawna uważam, że chwalić się nie ma czym, bo ci z różańcem w jednej ręce i krzyżem w drugiej tak się potrafią zachowywać, że wstyd się przyznać, że się jest z tej samej parafii, ale zapierać się też nieładnie. To może ja teraz będę robiła tak jak ci zdeklarowani katolicy, tylko na odwrót. Oni mówią, że wierzą w świętość małżeństwa, a nie za bardzo tę wiarę praktykują. Ja nie będę się z tą świętością małżeństwa obnosiła tylko będę sobie po cichu praktykowała, tak jak do tej pory. Na koniec się przyznam, że artykuł, który tak zbulwersował męża przeczytałam , ale bardzo mi to czytanie namąciło w głowie. Bo żeby mój mąż był taki zgodny z Terlikowskim, to to jest naprawdę koniec świata.
I na dzisiaj to by było na tyle.
Zdjęcie złowione w sieci.
sobota, 18 lipca 2020
Pan Teofil
We
wspomnieniach z mojego dzieciństwa pojawia się niejaki pan Teofil. Zapamiętałam go dobrze z dwóch powodów: bo był dziwakiem, a ja zawsze
lubiłam dziwaków, był też dobrym znajomym pani Bogumiły, z którą spędzałam dużo czasu.
Pan Teofil uchodził za wariata i głównie z tego był znany na całą dzielnicę. Niewielu wiedziało, że był też człowiekiem gruntownie wykształconym. Przed wybuchem wojny skończył dwa kierunki studiów, znał kilka języków, pięknie malował i grał na pianinie. Niestety nie odnalazł się w socjalistycznej rzeczywistości, więc samozwańczo przeszedł na etat dzielnicowego wariata.
Chodził z książką w ręku po pobliskim parku i mamrotał coś pod nosem w obcych językach. Czasami stanął na środku chodnika i zatopiony we własnych myślach, potrafił tak stać przez długi czas, żeby nagle coś krzyknąć i pójść dalej. Czasami coś głośno deklamował, żywo gestykulując przy tym rękami. Ludzie omijali go z daleka, bo ludzie raczej boją się wariatów i nie ważne, samozwańczych, czy z nadania.
Władza, która nie lubiła inteligencji, a zwłaszcza tej przedwojennej, nie interesowała się panem Teofilem. Choć przecież mogła, bo nigdzie nie pracował i tym samym nie budował socjalistycznego dobrobytu. Jednak tym razem, władza zwana przecież ludową, posłuchała tego, co mówiła większość mieszkańców dzielnicy i bez diagnozy lekarskiej uznała pana Teofila za wariata. A skoro był wariatem i nie można było go podciągnąć pod kategorię pasożytów społecznych, to dano mu spokój. Brak zainteresowania ze strony władzy był równoznaczny z brakiem jakiejkolwiek pomocy. I tak, pan Teofil był zdany wyłącznie na siebie, ale jako człowiek honorowy nigdy nie narzekał.
Miał mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy, w której mieszkała również pani Bogumiła. Przed wojną całe piętro kamienicy należało do rodziny pana Teofila. W dużym bogato urządzonym mieszkaniu żył pan Teofil, jego rodzice i dwie siostry. Jednak krótko przed wojną rodzice pana Teofila zmarli, a potem w niewielkich odstępach czasu zmarły obie siostry. Z pięcioosobowej rodziny w wielkim mieszkaniu został tylko pan Teofil. Po wojnie ówczesna władza dokwaterowała do mieszkania jeszcze dwie rodziny, bo mieszkań brakowało, a prawami własności nikt sobie wówczas głowy nie zawracał. Pan Teofil urządził się więc w niewielkim pokoju z równie niedużą kuchnią.
Na początku utrzymywał się z wyprzedawania rodzinnego majątku. Zaczął od serwisów obiadowych, sreber i mebli. Potem sprzedawał biżuterię po matce i siostrach. Na końcu pozbywał się obrazów i książek. Potrzeb pan Teofil nie miał wielkich, więc udało mu się przeżyć tak kilka lat. Jak już nie było czego sprzedawać, bo z cennych rzeczy zostało mu tylko pianino, pan Teofil wynajął pokój rodzinie z małym dzieckiem. Sam urządził się w niewielkiej kuchni. Na środek pomieszczenia wystawił stary kredens, a za kredensem postawił leżankę, etażerkę na książki, stojak na miskę i wiaderko z wodą. Pianino zostawił w pokoju nowych lokatorów, bo obiecali, że będzie mógł z niego korzystać, a z czasem pianino przejdzie na własność ich córki. W jakiej takiej zgodzie cała czwórka przeżyła kilka następnych lat. Niestety, z czasem lokatorzy zapomnieli kto jest gospodarzem niewielkiego mieszkanka i zaczęli ograniczać powierzchnię bytową panu Teofilowi. Najpierw wyrzucili etażerkę i dosunęli kredens bliżej ściany. Pan Teofil zadowolony nie był, ale po groźbie zmniejszenia opłaty za czynsz, machnął ręką i pogodził się z tym, że została mu jedynie leżanka. Lokatorzy, ośmieleni brakiem większego oporu ze strony pana Teofila, po jakimś czasie wyrzucili na śmietnik także leżankę. Pewnie wyrzuciliby także pana Teofila, ale trochę bali się pani Bogumiły i reszty sąsiadów. Dlatego za jeszcze bardziej dosuniętym do ściany kredensem wstawili dla pana Teofila krzesło. Od tej pory pan Teofil spał na krześle i na siedząco dorabiał się garba. Ponieważ niezniechęcony warunkami wciąż żył, przyszła pora na kolejne ciosy. Lokatorzy najpierw odcięli go od pianina, a potem przestali płacić czynsz. Niewiele można było z tym zrobić, bo lokator pana Teofila zapisał się do ORMO i zastraszał nie tylko pana Teofila, ale też wszystkich próbujących pomóc. I tak pan Teofil został bez środków do życia, za to z ormowcem w mieszkaniu.
Do pomocy społecznej pan Teofil pójść nie chciał, bo twierdził, że od komunistów to on nawet pieniędzy brać nie będzie, więc sytuacja była patowa. Na szczęście pani Bogumile udało się załatwić kartki na darmowe obiady w barze mlecznym "Promyk". Przymuszenie pana Teofila, żeby skorzystał z tej pomocy nie było łatwe, ale pani Bogumiła sobie poradziła.
I odtąd pan Teofil regularnie o godzinie 13 meldował się w barze "Promyk" i zasiadał do obiadu. Zajmował zawsze dwuosobowy stolik w kącie przy oknie i popijając kompot kontemplował wszystko, co za tym oknem się działo. Personel baru zadowolony z takiego towarzystwa nie był, ale pana Teofila nie zaczepiał, bo wiadomo, że z wariatami trzeba ostrożnie. Inni klienci baru byli tego samego zdania, więc pan Teofil, zupełnie nieoczekiwanie, zdobył nowe miejsce, gdzie mógł posiedzieć jak normalny człowiek. Tylko raz zdarzyła się sytuacja, w której klient baru zaatakował pana Teofila.
- Ty wariat, rusz dupę, bo miejsca potrzebuję - powiedział gruby Czesio, który pracował w warsztacie samochodowym na pobliskiej ulicy.
Pan Teofil spojrzał roztargnionym wzrokiem, trochę się zdziwił, ale zachował się grzecznie, bo tak zwykle się zachowywał .
- Proszę bardzo - odpowiedział, tyle że po francusku. Przynajmniej tak twierdził obecny w barze student Grzesiek.
Gruby Czesio lekko wytrzeszczył oczy, ale niewiele zrozumiał zaś Grzesiek nie wyrywał się, żeby robić za tłumacza. Grubemu Czesiowi coraz trudniej stało się z talerzem gorącej zupy i coraz bardziej denerwowało go mamrotanie wariata, więc donośnym głosem ponowił prośbę.
- Chcę jeść. Spierdalaj głupi dziadu! - wrzasnął.
Pan Teofil skłonny był zastosować się do żądania, bo mimo bycia wariatem lubił czasami okazać życzliwość. Jednak gruby Czesio był gruby nie tylko z przezwiska a do tego stał na mocno rozstawionych nogach, więc był trudny do ominięcia. Pan Teofil, żeby sobie zrobić miejsce do spierdalania, machnął ręką, uderzając w talerz trzymany przez grubego Czesia. I w ten sposób zupa zamiast do brzucha grubego Czesia trafiła na jego brzuch. Miejsca przy stoliku zrobiło się więcej, bo poparzony gruby Czesio odskoczył na środek lokalu. Kiedy gruby Czesio był chwilowo zajęty ratowaniem swojego brzucha oraz obrażaniem matki pana Teofila, pan Teofil wstał od stolika i ruszył do wyjścia.
- Zawsze wiedziałem, że świnia pasuje do do stołu jedynie jako golonka - powiedział pan Teofil znikając w drzwiach.
Klienci baru zaczęli się śmiać, ale grubemu Czesiowi nie było do śmiechu. I kiedy już się trochę ogarnął, to wściekły chciał biec za panem Teofilem, żeby wymierzyć mu sprawiedliwość.
- Zabiję dziada, flaki mu wypruję - wrzeszczał jak poparzony, co nie było niczym dziwnym, bo rzeczywiście był poparzony i to grochówką.
Jednak wtedy do akcji wkroczył Kazio moczymorda znany na dzielnicy pijak. Złapał grubego Czesia za ramię i posadził go na krześle.
- Odpierdol się od wariata, bo jak nie, to ja ci przypierdolę - zakomunikował zwięźle.
Gruby Czesio nie życzył sobie sporów z Kaziem moczymordą, więc zamiast się mścić, stanął potulnie w kolejce po drugi talerz grochówki. Zajście w barze "Promyk" stało się głośne wśród mieszkańców dzielnicy i gruby Czesio stał się pośmiewiskiem zaś pan Teofil zyskał na znaczeniu.
Ja omijałam pana Teofila z daleka, bo jednak trochę się go bałam. Jak przychodził do pani Bogumiły, to szybko się żegnałam (nie znakiem krzyża, bo aż tak się nie bałam) i po szybko wychodziłam. Moja bliższa znajomość z panem Teofilem zaczęła się od małego incydentu, który miał miejsce na ulicy Bronowickiej, graniczącej z pięknym starym parkiem.
Kiedyś szłam do parku a przede mną nieśpiesznie szedł pan Teofil. Chwilę trzymałam się w bezpiecznej odległości, ale znudziło mnie powolne dreptanie, więc postanowiłam go wyminąć. Wtedy on nagle stanął i zaczął coś głośno wykrzykiwać w obcym języku, jak to miał w zwyczaju. Stanęłam przestraszona. Pan Teofil odwrócił się i spojrzał na mnie badawczo.
- Nie bój się dziecko, ja sobie tylko opinię wyrabiam - powiedział z uśmiechem i poszedł dalej.
Od tamtej pory przestałam go unikać. Zawsze mówiłam mu dzień dobry, a on uśmiechał się na mój widok. Nie na darmo mówią, że swój zawsze pozna swego.
Kilka lat później pan Teofil zwrócił się do mnie z prośbą.
- Czy mogłabyś mi wypożyczać książki z biblioteki? - zapytał kiedyś, gdy go mijałam.
- Dobrze. Co mam panu wypożyczyć?
Pan Teofil zamyślił się na długą chwilę.
- Goethego najbardziej zapomniałem, to może zacznijmy od niego. "Fausta" mi wypożycz dziecko.
Wypożyczyłam i od tej pory bardzo zacieśniła się moja znajomość z panem Teofilem. Drugą korzyścią było to, że zapunktowałam u pani bibliotekarki, która nie mogła się nadziwić, jakie książki czytam i w jakich ilościach. Bardzo zastanawiał ją poziom i rozrzut tematyczny wypożyczanych przeze mnie książek, ale milczałam jak grób. Nie wiedziałam, czy bibliotekarka miałaby coś przeciwko mojej współpracy z panem Teofilem, ale wolałam nie ryzykować.
Ostatniej książki pan Teofil nie oddał. Odszedł razem z "Czarodziejską górą". Zmarł nagle na łące nad Bystrzycą. Odpowiednie służby szybko zabrały ciało, żeby jak najmniej osób wiedziało, że zmarł stary, chory człowiek, który żeby poleżeć musiał iść na łąkę z dala od ludzi. Równie szybko pochowano go w bezimiennym grobie, bo przecież głupio byłoby napisać na tabliczce "Teofil wariat z dzielnicy Bronowice", a nikomu nie chciało się dokładnie poszukać danych osobowych pana Teofila.
Pani Bogumiła zaniepokojona zniknięciem pana Teofila zaczęła go szukać. Niestety dopiero po kilku dniach trafiła na ślad, co się z nim stało. Poszła do urzędu zapytać, gdzie dokładnie go pochowano, bo chciała zapalić mu świeczkę i pomodlić się na jego grobie. Jednak pani urzędniczka nie udzieliła dokładnej informacji, bo tego dnia pochowano dwóch bezimiennych nieboszczyków, a grabarz nie pamiętał, w którym dołku była która trumna. Lokatorzy pana Teofila wyrzucili jego krzesło. I tak pan Teofil przeszedł do historii. Ja pod koniec roku musiałam się tłumaczyć pani bibliotekarce z powodu utraty książki, ale to była niska cena za znajomość z panem Teofilem.
Pisząc tę historię zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam już, jak pan Teofil miał na nazwisko. Większość ludzi z dzielnicy mówiła o nim: "wariat Teofil". Pani Bogumiła mówiła o nim: "ten Tolek". Ja z szacunku mówiłam zawsze "pan Teofil". Lubiłam go i ogromnie mnie ciekawił. Ale trochę ze strachu a trochę z grzeczności, nigdy nie zapytałam go o sprawy, które mnie nurtowały. I dzisiaj tego żałuję.
Po jego śmierci pani Bogumiła powiedziała mi, że pan Teofil znał na pamięć wiele książek w oryginale i robił przekłady poezji z niemieckiego i francuskiego. Był bardzo zamknięty w sobie i przeważnie smutny. Trzymał się z daleka od ludzi i zawsze był małomówny. Życie go nie lubiło, bo nie dość, że szybko został bez swojej rodziny, to na krótko przed ślubem zmarła jego narzeczona, chorująca na ciężką postać egzemy. Podobno bardzo się nią opiekował podczas, gdy jej własna rodzina opuściła ją ze strachu, że się zarazi. Niestety od licznych ran wdała się sepsa i narzeczona pana Teofila zmarła. Pochował ją w ślubnej sukni, a do trumny włożył gruby zeszyt. Nikt nie wiedział, co w tym zeszycie było i nikt się nie dowiedział. Dopóki żyła matka i siostry, pan Teofil zachowywał się normalnie. Pracował jako tłumacz, wykładał czasem na Uniwersytecie Warszawskim, robił kursy dla urzędników z ministerstwa i dawał korepetycje z języków obcych. W wolnym czasie pięknie malował, więc cały strych kamienicy był pełen pejzaży i portretów. Wszystkie te obrazy pan Teofil sprzedał, gdy pozostawał bez pracy. W moim rodzinnym domu wisiał namalowany przez niego obraz przedstawiający trzy brzozy zasnute jesiennymi mgłami. Jedynie portrety narzeczonej nie ocalały, bo po jej śmierci pan Teofil wszystkie spalił. Zostawił sobie tylko jeden, ten który wisiał w jego sypialni. Potem i ten obraz gdzieś przepadł. Podobno zginął, bo spodobał się któremuś z gości lokatorów pana Teofila. Po wojnie, gdy pan Teofil został sam, zapadał się w sobie coraz bardziej i coraz bardziej dziwaczał.
- Dlaczego taki zdolny człowiek wolał zostać wariatem zamiast dalej twórczo żyć? - zastanawiałam się głośno podczas rozmowy z panią Bogumiłą.
Pani Bogumiła milczała, kiwając głową w lewo i prawo. Myślałam, że nic nie odpowie, bo już nie raz tak bywało, że nie dostawałam odpowiedzi na moje pytania.
- Wiesz Basiu, też go o to zapytałam. Powiedział mi wtedy, że on nie chce pracować dla takiej władzy, która gardzi ludźmi, inteligencją, uczciwością i zasadami, czyli wszystkim co dla niego było ważne. Dlatego, żeby być w zgodzie ze sobą, postanowił zostać wariatem - powiedziała i znowu zamilkła.
Trzeba przyznać, że pan Teofil doskonale odnalazł się w roli dzielnicowego wariata. W końcu był inteligentem, miał wiele talentów, więc nawet rolę wariata dał radę unieść. Przykro tyko, że taki wartościowy i wykształcony człowiek zrezygnował z podzielenia się z innymi tym, co miał najcenniejszego. Uciekając od życia, bardzo je sobie utrudnił. A na koniec samotnie umarł. Został pochowany w bezimiennym grobie, chociaż w rodzinnym grobowcu czekało na niego miejsce przygotowane przez zapobiegliwych rodziców.
Ale choć za życia pan Teofil nie był szanowany, to po śmierci doczekał się nawet stypy. Z inicjatywą uczczenia pana Teofila wystąpił Kazio moczymorda, którego bardzo ta śmierć zabolała. Dlatego kupił kilka win zwanych przez konsumentów prytą albo jabolem i częstował pod sklepem dzielnicowych meneli, żeby wypili za pamięć wariata Teofila. Nieoczekiwanie do towarzystwa przyłączyli się także wracający z pracy porządni obywatele, którzy z piwem w ręce wspominali pana Teofila. Na koniec nielegalnym zgromadzeniem zainteresował się dzielnicowy, bo MO zawsze czuwała, gdy obywatele zbierali się gdzieś z własnej woli. Gdy dzielnicowy dowiedział się, o co chodzi, to wyjął z za pazuchy piersiówkę i też wychylił kielonek za pana Teofila. Za co został nagrodzony gromkimi brawami. A ja jeszcze bardziej polubiłam Kazia moczymordę, bo należało mu się za to, co zrobił względem pana Teofila.
I na dzisiaj to by było na tyle.
Rysunek złowiony w sieci, a na nim pan Teofil jak malowany, tylko bródkę miał krótszą.
Pan Teofil uchodził za wariata i głównie z tego był znany na całą dzielnicę. Niewielu wiedziało, że był też człowiekiem gruntownie wykształconym. Przed wybuchem wojny skończył dwa kierunki studiów, znał kilka języków, pięknie malował i grał na pianinie. Niestety nie odnalazł się w socjalistycznej rzeczywistości, więc samozwańczo przeszedł na etat dzielnicowego wariata.
Chodził z książką w ręku po pobliskim parku i mamrotał coś pod nosem w obcych językach. Czasami stanął na środku chodnika i zatopiony we własnych myślach, potrafił tak stać przez długi czas, żeby nagle coś krzyknąć i pójść dalej. Czasami coś głośno deklamował, żywo gestykulując przy tym rękami. Ludzie omijali go z daleka, bo ludzie raczej boją się wariatów i nie ważne, samozwańczych, czy z nadania.
Władza, która nie lubiła inteligencji, a zwłaszcza tej przedwojennej, nie interesowała się panem Teofilem. Choć przecież mogła, bo nigdzie nie pracował i tym samym nie budował socjalistycznego dobrobytu. Jednak tym razem, władza zwana przecież ludową, posłuchała tego, co mówiła większość mieszkańców dzielnicy i bez diagnozy lekarskiej uznała pana Teofila za wariata. A skoro był wariatem i nie można było go podciągnąć pod kategorię pasożytów społecznych, to dano mu spokój. Brak zainteresowania ze strony władzy był równoznaczny z brakiem jakiejkolwiek pomocy. I tak, pan Teofil był zdany wyłącznie na siebie, ale jako człowiek honorowy nigdy nie narzekał.
Miał mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy, w której mieszkała również pani Bogumiła. Przed wojną całe piętro kamienicy należało do rodziny pana Teofila. W dużym bogato urządzonym mieszkaniu żył pan Teofil, jego rodzice i dwie siostry. Jednak krótko przed wojną rodzice pana Teofila zmarli, a potem w niewielkich odstępach czasu zmarły obie siostry. Z pięcioosobowej rodziny w wielkim mieszkaniu został tylko pan Teofil. Po wojnie ówczesna władza dokwaterowała do mieszkania jeszcze dwie rodziny, bo mieszkań brakowało, a prawami własności nikt sobie wówczas głowy nie zawracał. Pan Teofil urządził się więc w niewielkim pokoju z równie niedużą kuchnią.
Na początku utrzymywał się z wyprzedawania rodzinnego majątku. Zaczął od serwisów obiadowych, sreber i mebli. Potem sprzedawał biżuterię po matce i siostrach. Na końcu pozbywał się obrazów i książek. Potrzeb pan Teofil nie miał wielkich, więc udało mu się przeżyć tak kilka lat. Jak już nie było czego sprzedawać, bo z cennych rzeczy zostało mu tylko pianino, pan Teofil wynajął pokój rodzinie z małym dzieckiem. Sam urządził się w niewielkiej kuchni. Na środek pomieszczenia wystawił stary kredens, a za kredensem postawił leżankę, etażerkę na książki, stojak na miskę i wiaderko z wodą. Pianino zostawił w pokoju nowych lokatorów, bo obiecali, że będzie mógł z niego korzystać, a z czasem pianino przejdzie na własność ich córki. W jakiej takiej zgodzie cała czwórka przeżyła kilka następnych lat. Niestety, z czasem lokatorzy zapomnieli kto jest gospodarzem niewielkiego mieszkanka i zaczęli ograniczać powierzchnię bytową panu Teofilowi. Najpierw wyrzucili etażerkę i dosunęli kredens bliżej ściany. Pan Teofil zadowolony nie był, ale po groźbie zmniejszenia opłaty za czynsz, machnął ręką i pogodził się z tym, że została mu jedynie leżanka. Lokatorzy, ośmieleni brakiem większego oporu ze strony pana Teofila, po jakimś czasie wyrzucili na śmietnik także leżankę. Pewnie wyrzuciliby także pana Teofila, ale trochę bali się pani Bogumiły i reszty sąsiadów. Dlatego za jeszcze bardziej dosuniętym do ściany kredensem wstawili dla pana Teofila krzesło. Od tej pory pan Teofil spał na krześle i na siedząco dorabiał się garba. Ponieważ niezniechęcony warunkami wciąż żył, przyszła pora na kolejne ciosy. Lokatorzy najpierw odcięli go od pianina, a potem przestali płacić czynsz. Niewiele można było z tym zrobić, bo lokator pana Teofila zapisał się do ORMO i zastraszał nie tylko pana Teofila, ale też wszystkich próbujących pomóc. I tak pan Teofil został bez środków do życia, za to z ormowcem w mieszkaniu.
Do pomocy społecznej pan Teofil pójść nie chciał, bo twierdził, że od komunistów to on nawet pieniędzy brać nie będzie, więc sytuacja była patowa. Na szczęście pani Bogumile udało się załatwić kartki na darmowe obiady w barze mlecznym "Promyk". Przymuszenie pana Teofila, żeby skorzystał z tej pomocy nie było łatwe, ale pani Bogumiła sobie poradziła.
I odtąd pan Teofil regularnie o godzinie 13 meldował się w barze "Promyk" i zasiadał do obiadu. Zajmował zawsze dwuosobowy stolik w kącie przy oknie i popijając kompot kontemplował wszystko, co za tym oknem się działo. Personel baru zadowolony z takiego towarzystwa nie był, ale pana Teofila nie zaczepiał, bo wiadomo, że z wariatami trzeba ostrożnie. Inni klienci baru byli tego samego zdania, więc pan Teofil, zupełnie nieoczekiwanie, zdobył nowe miejsce, gdzie mógł posiedzieć jak normalny człowiek. Tylko raz zdarzyła się sytuacja, w której klient baru zaatakował pana Teofila.
- Ty wariat, rusz dupę, bo miejsca potrzebuję - powiedział gruby Czesio, który pracował w warsztacie samochodowym na pobliskiej ulicy.
Pan Teofil spojrzał roztargnionym wzrokiem, trochę się zdziwił, ale zachował się grzecznie, bo tak zwykle się zachowywał .
- Proszę bardzo - odpowiedział, tyle że po francusku. Przynajmniej tak twierdził obecny w barze student Grzesiek.
Gruby Czesio lekko wytrzeszczył oczy, ale niewiele zrozumiał zaś Grzesiek nie wyrywał się, żeby robić za tłumacza. Grubemu Czesiowi coraz trudniej stało się z talerzem gorącej zupy i coraz bardziej denerwowało go mamrotanie wariata, więc donośnym głosem ponowił prośbę.
- Chcę jeść. Spierdalaj głupi dziadu! - wrzasnął.
Pan Teofil skłonny był zastosować się do żądania, bo mimo bycia wariatem lubił czasami okazać życzliwość. Jednak gruby Czesio był gruby nie tylko z przezwiska a do tego stał na mocno rozstawionych nogach, więc był trudny do ominięcia. Pan Teofil, żeby sobie zrobić miejsce do spierdalania, machnął ręką, uderzając w talerz trzymany przez grubego Czesia. I w ten sposób zupa zamiast do brzucha grubego Czesia trafiła na jego brzuch. Miejsca przy stoliku zrobiło się więcej, bo poparzony gruby Czesio odskoczył na środek lokalu. Kiedy gruby Czesio był chwilowo zajęty ratowaniem swojego brzucha oraz obrażaniem matki pana Teofila, pan Teofil wstał od stolika i ruszył do wyjścia.
- Zawsze wiedziałem, że świnia pasuje do do stołu jedynie jako golonka - powiedział pan Teofil znikając w drzwiach.
Klienci baru zaczęli się śmiać, ale grubemu Czesiowi nie było do śmiechu. I kiedy już się trochę ogarnął, to wściekły chciał biec za panem Teofilem, żeby wymierzyć mu sprawiedliwość.
- Zabiję dziada, flaki mu wypruję - wrzeszczał jak poparzony, co nie było niczym dziwnym, bo rzeczywiście był poparzony i to grochówką.
Jednak wtedy do akcji wkroczył Kazio moczymorda znany na dzielnicy pijak. Złapał grubego Czesia za ramię i posadził go na krześle.
- Odpierdol się od wariata, bo jak nie, to ja ci przypierdolę - zakomunikował zwięźle.
Gruby Czesio nie życzył sobie sporów z Kaziem moczymordą, więc zamiast się mścić, stanął potulnie w kolejce po drugi talerz grochówki. Zajście w barze "Promyk" stało się głośne wśród mieszkańców dzielnicy i gruby Czesio stał się pośmiewiskiem zaś pan Teofil zyskał na znaczeniu.
Ja omijałam pana Teofila z daleka, bo jednak trochę się go bałam. Jak przychodził do pani Bogumiły, to szybko się żegnałam (nie znakiem krzyża, bo aż tak się nie bałam) i po szybko wychodziłam. Moja bliższa znajomość z panem Teofilem zaczęła się od małego incydentu, który miał miejsce na ulicy Bronowickiej, graniczącej z pięknym starym parkiem.
Kiedyś szłam do parku a przede mną nieśpiesznie szedł pan Teofil. Chwilę trzymałam się w bezpiecznej odległości, ale znudziło mnie powolne dreptanie, więc postanowiłam go wyminąć. Wtedy on nagle stanął i zaczął coś głośno wykrzykiwać w obcym języku, jak to miał w zwyczaju. Stanęłam przestraszona. Pan Teofil odwrócił się i spojrzał na mnie badawczo.
- Nie bój się dziecko, ja sobie tylko opinię wyrabiam - powiedział z uśmiechem i poszedł dalej.
Od tamtej pory przestałam go unikać. Zawsze mówiłam mu dzień dobry, a on uśmiechał się na mój widok. Nie na darmo mówią, że swój zawsze pozna swego.
Kilka lat później pan Teofil zwrócił się do mnie z prośbą.
- Czy mogłabyś mi wypożyczać książki z biblioteki? - zapytał kiedyś, gdy go mijałam.
- Dobrze. Co mam panu wypożyczyć?
Pan Teofil zamyślił się na długą chwilę.
- Goethego najbardziej zapomniałem, to może zacznijmy od niego. "Fausta" mi wypożycz dziecko.
Wypożyczyłam i od tej pory bardzo zacieśniła się moja znajomość z panem Teofilem. Drugą korzyścią było to, że zapunktowałam u pani bibliotekarki, która nie mogła się nadziwić, jakie książki czytam i w jakich ilościach. Bardzo zastanawiał ją poziom i rozrzut tematyczny wypożyczanych przeze mnie książek, ale milczałam jak grób. Nie wiedziałam, czy bibliotekarka miałaby coś przeciwko mojej współpracy z panem Teofilem, ale wolałam nie ryzykować.
Ostatniej książki pan Teofil nie oddał. Odszedł razem z "Czarodziejską górą". Zmarł nagle na łące nad Bystrzycą. Odpowiednie służby szybko zabrały ciało, żeby jak najmniej osób wiedziało, że zmarł stary, chory człowiek, który żeby poleżeć musiał iść na łąkę z dala od ludzi. Równie szybko pochowano go w bezimiennym grobie, bo przecież głupio byłoby napisać na tabliczce "Teofil wariat z dzielnicy Bronowice", a nikomu nie chciało się dokładnie poszukać danych osobowych pana Teofila.
Pani Bogumiła zaniepokojona zniknięciem pana Teofila zaczęła go szukać. Niestety dopiero po kilku dniach trafiła na ślad, co się z nim stało. Poszła do urzędu zapytać, gdzie dokładnie go pochowano, bo chciała zapalić mu świeczkę i pomodlić się na jego grobie. Jednak pani urzędniczka nie udzieliła dokładnej informacji, bo tego dnia pochowano dwóch bezimiennych nieboszczyków, a grabarz nie pamiętał, w którym dołku była która trumna. Lokatorzy pana Teofila wyrzucili jego krzesło. I tak pan Teofil przeszedł do historii. Ja pod koniec roku musiałam się tłumaczyć pani bibliotekarce z powodu utraty książki, ale to była niska cena za znajomość z panem Teofilem.
Pisząc tę historię zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam już, jak pan Teofil miał na nazwisko. Większość ludzi z dzielnicy mówiła o nim: "wariat Teofil". Pani Bogumiła mówiła o nim: "ten Tolek". Ja z szacunku mówiłam zawsze "pan Teofil". Lubiłam go i ogromnie mnie ciekawił. Ale trochę ze strachu a trochę z grzeczności, nigdy nie zapytałam go o sprawy, które mnie nurtowały. I dzisiaj tego żałuję.
Po jego śmierci pani Bogumiła powiedziała mi, że pan Teofil znał na pamięć wiele książek w oryginale i robił przekłady poezji z niemieckiego i francuskiego. Był bardzo zamknięty w sobie i przeważnie smutny. Trzymał się z daleka od ludzi i zawsze był małomówny. Życie go nie lubiło, bo nie dość, że szybko został bez swojej rodziny, to na krótko przed ślubem zmarła jego narzeczona, chorująca na ciężką postać egzemy. Podobno bardzo się nią opiekował podczas, gdy jej własna rodzina opuściła ją ze strachu, że się zarazi. Niestety od licznych ran wdała się sepsa i narzeczona pana Teofila zmarła. Pochował ją w ślubnej sukni, a do trumny włożył gruby zeszyt. Nikt nie wiedział, co w tym zeszycie było i nikt się nie dowiedział. Dopóki żyła matka i siostry, pan Teofil zachowywał się normalnie. Pracował jako tłumacz, wykładał czasem na Uniwersytecie Warszawskim, robił kursy dla urzędników z ministerstwa i dawał korepetycje z języków obcych. W wolnym czasie pięknie malował, więc cały strych kamienicy był pełen pejzaży i portretów. Wszystkie te obrazy pan Teofil sprzedał, gdy pozostawał bez pracy. W moim rodzinnym domu wisiał namalowany przez niego obraz przedstawiający trzy brzozy zasnute jesiennymi mgłami. Jedynie portrety narzeczonej nie ocalały, bo po jej śmierci pan Teofil wszystkie spalił. Zostawił sobie tylko jeden, ten który wisiał w jego sypialni. Potem i ten obraz gdzieś przepadł. Podobno zginął, bo spodobał się któremuś z gości lokatorów pana Teofila. Po wojnie, gdy pan Teofil został sam, zapadał się w sobie coraz bardziej i coraz bardziej dziwaczał.
- Dlaczego taki zdolny człowiek wolał zostać wariatem zamiast dalej twórczo żyć? - zastanawiałam się głośno podczas rozmowy z panią Bogumiłą.
Pani Bogumiła milczała, kiwając głową w lewo i prawo. Myślałam, że nic nie odpowie, bo już nie raz tak bywało, że nie dostawałam odpowiedzi na moje pytania.
- Wiesz Basiu, też go o to zapytałam. Powiedział mi wtedy, że on nie chce pracować dla takiej władzy, która gardzi ludźmi, inteligencją, uczciwością i zasadami, czyli wszystkim co dla niego było ważne. Dlatego, żeby być w zgodzie ze sobą, postanowił zostać wariatem - powiedziała i znowu zamilkła.
Trzeba przyznać, że pan Teofil doskonale odnalazł się w roli dzielnicowego wariata. W końcu był inteligentem, miał wiele talentów, więc nawet rolę wariata dał radę unieść. Przykro tyko, że taki wartościowy i wykształcony człowiek zrezygnował z podzielenia się z innymi tym, co miał najcenniejszego. Uciekając od życia, bardzo je sobie utrudnił. A na koniec samotnie umarł. Został pochowany w bezimiennym grobie, chociaż w rodzinnym grobowcu czekało na niego miejsce przygotowane przez zapobiegliwych rodziców.
Ale choć za życia pan Teofil nie był szanowany, to po śmierci doczekał się nawet stypy. Z inicjatywą uczczenia pana Teofila wystąpił Kazio moczymorda, którego bardzo ta śmierć zabolała. Dlatego kupił kilka win zwanych przez konsumentów prytą albo jabolem i częstował pod sklepem dzielnicowych meneli, żeby wypili za pamięć wariata Teofila. Nieoczekiwanie do towarzystwa przyłączyli się także wracający z pracy porządni obywatele, którzy z piwem w ręce wspominali pana Teofila. Na koniec nielegalnym zgromadzeniem zainteresował się dzielnicowy, bo MO zawsze czuwała, gdy obywatele zbierali się gdzieś z własnej woli. Gdy dzielnicowy dowiedział się, o co chodzi, to wyjął z za pazuchy piersiówkę i też wychylił kielonek za pana Teofila. Za co został nagrodzony gromkimi brawami. A ja jeszcze bardziej polubiłam Kazia moczymordę, bo należało mu się za to, co zrobił względem pana Teofila.
I na dzisiaj to by było na tyle.
Rysunek złowiony w sieci, a na nim pan Teofil jak malowany, tylko bródkę miał krótszą.
czwartek, 16 lipca 2020
Remanent powyborczy
![]() | ||
| Kolor pomarańczowy - Rafał Trzaskowski, kolor niebieski - Andrzej Duda |
Jak wiecie, pozwoliłam sobie bardzo krytycznie ocenić na
blogu tych, którzy zagłosowali na Dudę. I mam za swoje, bo
teraz muszę pilnować, żeby wycinać wulgarne komentarze. Jak ktoś
zaczyna od "Ty kurewska, peowska suko", to od razu wycinam
i przepada temu komuś okazja do wyprowadzenia mnie, jak to
mówią niektórzy, z mylnego błędu. Także nadal pozostaję,
taka nieoświecona i dziwnie dobrze się z tym czuję. No, ale
wiadomo, każdy ma swoją głupotę, mam i ja. Gdyby ktoś dalej się
upierał, żeby wytknąć mi moje błędy i wadliwie pojęty
patriotyzm, to od razu mówię, że ja uczę się od mądrzejszych. A
osoby, które miały względem mnie, takie silne zapędy edukacyjne,
wnioskując z komentarzy, do mądrych nie należą, więc nie
skorzystam. Tu jest moje miejsce i osób myślących podobnie jak
ja.Także uprzejmie dziękuję za wizytę i chęci, ale spierdalajcie
państwo z mojego bloga. Mam nadzieję, że wyraziłam się
wystarczająco jasno. Skoro
sprawy formalne mamy załatwione, to wracam tematu posta. W ostatnich dniach czytałam sporo różnych artykułów podsumowujących kampanię wyborczą. Najbardziej podobał mi się artykuł politologa Marka MigalskiegoNiestety Migalski ma we wszystkim rację i chyba rzeczywiście, żeby nie zwariować od nadmiaru pisowskiego szczęścia, to trzeba udać się na emigrację wewnętrzną.
Ze zgrozą czytałam komentarze pod tymi artykułami. Tyle chamstwa i głupoty wylało się w ostatnim czasie, że naprawdę można się przerazić. Niejeden dureń czuje się szczęśliwy, bo on i jemu podobni nareszcie są górą. Wszystkim, którzy nie lubią obecnej władzy, zwolennicy PiS doradzają, żeby spierdalali z Polski, bo Polska jest teraz dla nich.
To, ja tylko przypomnę. Rafał Trzaskowski zyskał większe poparcie w 10 województwach, a Andrzej Duda był górą w 6. Partia, która niesłusznie ma w swojej "nazwie prawo i sprawiedliwość", wygrała wybory z przewagą 2,06% , więc ta druga połowa głosujących tj. 48,97% , której odmawia się polskości i patriotyzmu, też ma prawo głosu. Jak ktoś nie umie liczyć - niech sobie weźmie kalkulator. Co więcej, ci którzy przegrali w tych wyborach, są tym wygranym bardzo potrzebni, bo ktoś musi pracować na programy socjalne i utrzymanie państwa. A tak się składa, że ci przegrani więcej wkładają do budżetu państwa, co pokazują statystyki.
Wyborcy, którzy głosowali na Andrzeja Dudę, tworzą jedynie 26,2% polskiego PKB:
Podlaskie 2,2%, Lubelskie 3,8%, Podkarpackie 3,9%, Małopolskie 8,0%, Świętokrzyskie 2,3%, Łódzkie 6,0%.
Reszta wpływów jest z tych 10 województw, w których wygrał Trzaskowski.
Dlatego proponuję zwolennikom PiS, żeby zamknęli dziób, bo jak ta opluwana przez nich część społeczeństwa posłucha dobrych rad i wyjedzie, to oni nie będą mieli co do dzioba włożyć. Ktoś na te socjale musi zapracować.
Przykro patrzeć, że w przestrzeni publicznej coraz mniej miejsca dla ludzi przyzwoitych, wykształconych, którzy ciągną Polskę wzwyż.
Jedną z takich osób jest pisarka, społeczniczka, liderka ruchów walczących o prawa kobiet Manuela Gretkowska. W wywiadzie, którego udzieliła tuż po wyborach tłumaczy, dlaczego wyjeżdża z Polski. Pod tym artykułem buraki i cebulaki prześcigają się z bluzgami pod adresem pisarki. Z treści komentarzy jasno wynika, że ci ludzie edukację zakończyli szybciej niż nauczyli się gramatyki, więc najlepiej idzie im używanie inwektyw wobec kogoś, komu nie dorastają do pięt. Cóż, burakowi szeroko rozumiana kultura jest do niczego nie potrzebna. Dlatego plują na ludzi kultury ile śliny w gębie. Smutne to wszystko i jeszcze raz smutne.
Wciąż mnie nurtuje pytanie, dlaczego Polacy ciągle chcą jeść tę przysłowiową żabę, która ani dobra ani zdrowa nie jest. Po co to robić? Nawet na chłopski rozum to się nie opłaci, ale jak widać można. Polak potrafi, więc zagłosuje na partię, która zrobi z niego parobka. Widocznie wolność nie jest dla wszystkich. Szanuję ludzi prostych, a nie znoszę prostaków. Podejrzewam, że to głównie ci ostatni zadecydowali w niedzielę, jak będzie wyglądała Polska przez kilka następnych lat. Nie obiecuję, że na pewno nie będę już pisała na tematy polityczne, ale to, że się postaram nie pisać, mogę obiecać z czystym sercem. Bo naprawdę mam polityki, po kokardkę i kucyki.
I na dzisiaj to by było na tyle.
Przepraszam, byłam zmuszona włączyć moderację, bo nie nadążałam z wycinankami. Jak tylko się uspokoi przywrócę stare ustawienia.
środa, 15 lipca 2020
Nasza córcia kochana
Urodziła się 39 lat temu, o godzinie 15,35, w piękny, upalny dzień i od tej chwili stała się dla mnie pępkiem świata. Była i jest cudna. Nie mogę rozwinąć tematu, bo działa rodzinne RODO, ale kto zna, ten wie, że mówię prawdę. Wszystkiego najlepszego Martuniu. I, jak zawsze, kocham Cię najbardziej na świecie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





