Szukaj na tym blogu

niedziela, 26 lipca 2020

Jak odkryłam co to jest element i zapoznałam się z Kaziem moczymordą

Dzielnica Bronowice Stare to piękny park, łąki u zbiegu dwóch rzek Bystrzycy i Czerniejówki, małe domy z ogródkami, szkoła, do której chodził jeszcze mój Tata, stare kamienice przy ulicy Biłgorajskiej, Skibińskiej, Drewnianej.  To też kraina mojego dzieciństwa, gdzie przez pierwsze lata mojego życia był cały mój świat. Mama nie pozwalała mi chodzić gdzieś dalej, ale nie narzekałam. Z dziecięcej perspektywy wszystko było duże i dzień był za krótki, żeby być wszędzie tam, gdzie chciałam. Lubiłam przyglądać się ludziom, zaglądać w okna domów i za furtki obcych podwórek. Fascynowało mnie życie w kamienicy, gdzie pod jednym dachem żyło wiele rodzin. Ja mieszkałam w domu jednorodzinnym i uważałam, że to nudne. Na mojej ulicy, której nazywa pochodziła od pobliskiego parku, były tylko trzy dwupiętrowe kamienice, reszta to były parterowe domy otoczone niewielkimi ogródkami. 

Pewnego razu dowiedziałam się od szkolnej woźnej, że w kamienicach mieszka "element". Pamiętam, jak się głowiłam, żeby rozgryźć co pani woźna miała na myśli. 
- Mamo, co to jest element? - spytałam po powrocie ze szkoły.
- Co ty znowu wymyślasz?  - Siadaj do obiadu - powiedziała, nie czekając aż odpowiem na pytanie.
- Ale co to jest? 
- Powiedziałam jedz, gadać będziesz później - rozkazała Mama, stawiając przede mną talerz z obiadem. I tak zamiast odpowiedzi dostałam kotleta z kopytkami i marchewką. 

Po obiedzie Mama była znowu czymś zajęta, więc z dręczącym mnie pytaniem, co to jest ten "element", pobiegłam na dwór. Pod uliczną studnią siedziała Małgosia, która uchodziła wśród koleżanek za prawie wszystkowiedzącą, a sama uważała się za wszystkowiedzącą.
- Gosia, wiesz co to jest element? 
- Szkiełka myję - powiedziała. 

Najwyraźniej tego dnia nie tylko Mamie przeszkadzałam w robocie.
- To wiesz, czy nie?- nie dałam się zbyć. Małgosia wzruszyła ramionami i bez słowa poszła do domu. Kiedy już przyzwyczajałam się do myśli, że z wyjaśnieniem nurtujących mnie kwestii, będę musiała poczekać na powrót z pracy pani Bogumiły, na horyzoncie ponownie pojawiła się Małgosia.
- Bajka, chodź do mnie - zarządziła, więc karnie do niej podbiegłam.
- Jak mi coś obiecasz, to ci powiem o elemencie - powiedziała, robiąc przy tym ważną minę, bo Małgosia lubiła być ważna.
- Co mam obiecać? 
- Najpierw obiecaj. Potem coś wymyślę. 
- Co mam obiecać? - powtórzyłam, bo nie chciałam obiecywać w ciemno.
- Nie, to nie - zagroziła Małgosia i odwróciła się na pięcie.
- Obiecuję - powiedziałam szybko, bo ciekawość okazała się silniejsza niż  rozum.
- Dobrze. To ci powiem. Element mieszka na Skibińskiej i najwięcej jest go w kamienicach - z profesorską miną powiedziała Małgosia.
- Tyle to i ja wiem. Pani woźna mówiła - pochwaliłam się wiedzą. - Ale co to jest? 
- Oj jakaś ty głupia. Nawet nie wiesz, co to jest element. 
- Ty też nie wiesz - odgryzłam się.
- Głupia Bajka, głupia Bajka - powiedziała Małgosia dwa razy, chyba  na wszelki wypadek, gdybym za pierwszym razem nie zrozumiała, że jestem głupia. Nie byłam obrażalska, ale coś czułam, że od Małgosi więcej się nie dowiem, więc zostawiłam ją i poszłam sama szukać elementu. 

Woźna mówiła o kamienicach, Małgosia dodała nazwę ulicy, więc poleciałam na Skibińską wypatrywać elementu. Na ulicy było pusto, ale przed jedną z bram grupka chłopaków bawiła się kapslami w wyścigi. Podeszłam bliżej i usiadłam na krawężniku. Trochę spoglądałam na nich, trochę obserwowałam, co działo się na ulicy. 
- Czego tu siedzisz? - zainteresował się najwyższy chłopak.
- Chciałam zobaczyć element - powiedziałam zgodnie z prawdą. Chłopak wywrócił oczy do góry, jakby chciał skontrolować stan obciętej od garnka grzywki i było widać, że intensywnie myśli.
- Aha, to musisz poczekać - powiedział i poszedł do kolegów. Siedziałam więc dalej, ale nic ciekawego się nie działo i powoli stygł we mnie zapał do odkrywania na własną rękę, czym jest ten tajemniczy element zamieszkujący Skibińskie kamienice. Postanowiłam więc pójść na łatwiznę i poszukać wyjaśnienia u pani Bogumiły. 
- E ty, gdzie idziesz? - zawołał chłopak z grzywką od garnka.
- Pójdę już, bo nie chce mi się czekać - wytłumaczyłam się.
- To o którego elementa dokładnie ci się rozchodzi? 
- O który element? - badałam, czy oboje mamy to samo na myśli.
- No, o którego? - chłopak z grzywką od garnka zaczynał się niecierpliwić. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, więc uniosłam brwi i szukałam właściwej odpowiedzi pod swoją grzywką. Chłopak zobaczył we mnie nierozgarniętą swojaczkę i postanowił mi pomóc.
- No, o którego? Jurka bez oka, krzywego Tadka, Kazika moczymordę? - wymieniał, a mnie olśniło i już wiedziałam, że element, o którym mówiła woźna, ma postać zapijaczonego chłopa.
- Dziękuję ci - powiedziałam do chłopaka z grzywką od garnka i uszczęśliwiona  podskakując poleciałam przed siebie. W połowie drogi do domu wygasiłam trochę swój entuzjazm dla nowego odkrycia.  Postanowiłam, że obserwację elementu zacznę od jutra, bo już w dzieciństwie miałam skłonność do zaczynania ważnych rzeczy od jutra. Nie przewidziałam, że zanim dojdę do domu, na mojej drodze stanie element zwany też Kaziem Moczymordą. 

Kazio moczymorda siedział na murku przy schodkach prowadzących do parku, a obok niego siedziały dwa bezpańskie psy. Stanęłam w bezpiecznej odległości i badawczo przyglądałam się elementowi, żeby w świetle nowo poznanej wiedzy wyrobić sobie opinię, bo już w dzieciństwie lubiłam mieć własne zdanie. Kazio Moczymorda jadł bułkę, przegryzał kaszanką i smętnie patrzył przed siebie. Był jakiś taki biedny. Na zmiętej twarzy z kilkudniowym zarostem malował się wyraz rezygnacji i smutku. Zrobiło mi się go żal i bardzo chciałam coś zrobić, żeby go pocieszyć. 
- Dzień dobry - powiedziałam, podchodząc bliżej, bo nic innego pocieszającego nie przyszło mi do głowy. Kazio Moczymorda spojrzał na mnie zaskoczony, łyknął głośno to, co miał w ustach i kiwnął rozczochraną głową.
- Noo. Chciałaś coś? 
- Nie, tak sobie stanęłam - odpowiedziałam zmieszana.
- A ja tak sobie siedzę i te cholery ze mną - powiedział Kazio Moczymorda, wskazując na psy ręką, w której trzymał kaszankę. Wtedy, jeden z kudłatych towarzyszy biesiady źle odczytał intencje Kazia moczymordy, capnął kaszankę i błyskawicznie ją połknął. Zdrętwiałam ze strachu, bo nie raz widziałam, jak ludzie traktują bezpańskie psy. Kazio moczymorda machnął drugi raz ręką w geście rezygnacji.
- Widzisz cholerę. Nawet smaku nie poczuł - powiedział spokojnie.
- Uhm - przytaknęłam dla podtrzymania rozmowy.
- Tak to jest, jak się jest głodnym. Czy pies, czy człowiek, to jednakowo wtedy głupi. Rzuca się na wszystko w pośpiechu i wszystko w pośpiechu traci. Dobrze, jak się nie udławi - powiedział smętnie i podetknął ostatni kawałek bułki drugiemu psu. A ja nie do końca zrozumiałam, o czym on mówi. Na chwilę zapadło krępujące milczenie.
- Idź się pobawić. Co będziesz tu z pijakiem czas marnotrawić - odezwał się znowu.
- Nie - zaprotestowałam szybko, żeby nie pomyślał, że ma rację. - Pan jest bardzo miły - dodałam, bo chciałam zrobić mu przyjemność.
- Tak? - zdziwił się. A po chwili uśmiechnął się do mnie tak jakoś serdecznie i bardzo przy tym uśmiechu wyładniał.
- Ty też jesteś miła. 
Wstał, otrzepał spodnie i bezradnie rozejrzał się dokoła. 
- Coś pan zgubił? - zapytałam, żeby coś powiedzieć.
- Ciągle coś gubię i niczego znaleźć nie mogę - odpowiedział z takim smutkiem w głosie, że znowu go pożałowałam.
- To idę. Ty się baw dopóki możesz - powiedział i poszedł przed siebie.
- Do widzenia - zawołałam za nim, ale mi nie odpowiedział, tylko się obejrzał. Bezpańskie kundle patrzyły za nim, ale żaden się nie ruszył. Siadłam na murku, żeby poczekać, aż pani Bogumiła będzie wracała z pracy, bo z kimś musiałam przegadać dręczące mnie wątpliwości. 

Na widok pani Bogumiły wyskoczyłam jak z procy.
- Dzień dobry. Chciałam zapytać, co pani myśli o elemencie Kazio moczymorda i o tym, że on jest taki smutny - na jednym oddechu wyłuszczyłam trapiący mnie problem. - I jeszcze, dlaczego on mówi, że wszystko gubi, a niczego nie może znaleźć? - dodałam, żeby wyjaśnić już wszystkie wątpliwości. 
- Dzień dobry Basiu. Nie wolno o nikim mówić element - powiedziała pani Bogumiła takim tonem, że wiedziałam, że zrobiłam coś niewłaściwego.
- Przepraszam. Ja nie chciałam... 
- Wiem dziecko, pewnie ktoś ci tak powiedział - przerwała mi.  - Ludzie krzywdzą innych głupim słowem, ale ty tego nie powtarzaj. Kazio to pogubiony człowiek. On już urodził się taki nieszczęśliwy i samotny, bo od początku nikt go nie chciał...
- Nawet mamusia? - weszłam jej w słowo. 
- Nawet ona - odpowiedziała pani Bogumiła. Wtedy tak strasznie zrobiło mi się żal Kazia Moczymordy, że chciało mi się płakać. To, że nawet mama go nie chciała wydało mi się najstraszniejszą ze wszystkich strasznych rzeczy.

Od tej pory polubiłam Kazia Moczymordę i ile razy go zobaczyłam na horyzoncie, to wyrywałam ile sił w nogach, żeby mu powiedzieć dzień dobry. Wciąż jednak mówiłam o nim Kazio Moczymorda. Nie widziałam w tym nic złego, bo oprócz pani Bogumiły wszyscy tak o nim mówili, ale pani Bogumiła zawsze była inna niż wszyscy.  On był Kazio moczymorda, ja byłam Baśka siostra miłosierdzia. Każde z nas miało swoje przezwisko. Przestałam go tak nazywać dopiero, jak trochę podrosłam i trochę zmądrzałam. Wtedy zamiast powtarzać za innymi i wpychać go w jakieś ramki, zobaczyłam w nim to, co widziała w nim pani Bogumiła. I Kazio Moczymorda awansował na pana Kazia. Inni nazywali go pogardliwie moczymordą, bo od 13 roku życia się upijał. Co było wcześniej i dlaczego później było tak, jak było, nikogo za bardzo nie interesowało. Łatwiej przystawić pieczątkę: element, margines, menel. I już można zostawić kogoś takiego samemu sobie a nawet mieć poczucie wyższości, że należy się do tych lepszych. Ja tak nie chciałam. Bez gloryfikowania pijackiego życia Kazia i bez szukania dla niego alibi, wiem jedno, był człowiekiem, który stanął w obronie pana Teofila, karmił bezpańskie psy, nawet najbardziej pijany odpowiadał na moje powitanie, nie miał nikogo, kto by go kochał i ciągle szukał tego, czego mógłby się chwycić, żeby przestać tonąć w morzu alkoholu.  Niestety nie znalazł.

Samotność kropli




I na dzisiaj to by było na tyle. 

Zdjęcie złowione w sieci.



19 komentarzy:

  1. "Chciałam zobaczyć element" 😂😂
    Ludzie potrzebują prostego podziału; my - dobrzy i źli oni. Nieważne, jak komuś się życie popieprzyło, ważne, że teraz leży napruty na ławce i nagle z człowieka staje się marginesem i elementem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, ludzie lubią innych wpychać do szufladki prawie tak samo, jak lubią czuć się lepsi od innych. Też nie jestem wolna od tej przywary, bo łapię się na tym, że się wyzłośliwiam, jak czyjeś postępowanie wyjątkowo mi nie pasje i cieszę się, że ja bym tak nie zrobiła jak ten ktoś. Jednak, mając tę świadomość, kontroluję się, żeby nie krzywdzić drugiego człowieka moim widzimisię i bronię się przed pogardą. To jest do zrobienia, ale trzeba chcieć. Tak mi się przypomniało, kiedyś spotkałam dwóch alkoholików w Wigilię i to spotkanie mną tąpnęło. Opiszę tę historię w którymś z następnych wpisów.

      Usuń
    2. Pogarda to jest właśnie to, co pcha ludzi do podziałów i odbierania innym prawa do istnienia.
      Wszystkie wrogie ideologie, tak samo, jak nasza codzienna zwykła niechęć do innych bierze się z pogardy i nieuświadomionego traktowania tego, co swoje i bliskie, za lepsze.

      Usuń
  2. najgorsze jest to, że chociaż chce się pomóc, to i tak wybierają to swoje smutne życie. Rzadko który/która potrafi wrócić z tej drogi. Zresztą oni sami nie wierzą w to, że ich los mogą sami odmienić. Nawet terapia i przynależność do AA dosyć często kończy się fiaskiem. Im dalej w życie, tym mniejsza szansa na wyjście z takiego "doła".
    Przychodzą do nas dwaj moi byli uczniowie zrzucać węgiel- tak sobie dorabiają. Pochodzą z pijackiej rodziny, sami są alkoholikami. Mizerni tacy, ale bardzo grzeczni i pracowici- nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich we wsi. I wieś ich w jakiś sposób "przytula"- daje im prace, czasem częstuje obiadem. Kiedy są u nas, częstuję ich kawą i ciastem. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy by nazwać ich menelami lub elementem. Zresztą nie lubię tych określeń. Alkoholik- tak najczęściej mówię o takich "zagubionych".
    Na wsiach inaczej na to się patrzy, tu raczej nie określa się alkoholików menel, czy element. I chyba więcej wykazuje się zrozumienia połączonego ze współczuciem i litością. To swój tyle, ze życie mu się pokiełbasiło. W mieście to obcy i w dodatku żul, element, menel niewart zachodu. Chociaż myślę, że w takich starych, zżytych ze sobą społecznościach w kamienicach też inaczej się ich traktuje, też z większym zrozumieniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy nałóg rozwala wcześniej czy później życie. Ludzie, którzy nie doświadczyli nałogu często nie są w stanie zrozumieć, że można aż tak się stoczyć. Jedni współczują. Inni pogardzają. Podczas gdy najbardziej potrzebny jest złoty środek, nie dawać nadmiernego przyzwolenia, ale też nie gardzić człowiekiem, który jest bezradny wobec nałogu. Kazio moczymorda najbardziej krzywdził siebie. Był bardzo samotny, bo wiedząc jaki jest nigdy się z nikim nie związał. Urodził się w rodzinie, w której ojciec pił, a matka nienawidziła ojca i wszystkich dookoła, ale nie zrobiła nic, żeby uciec z tego piekła. Może nie umiała. Tego przecież nie wiem. Wiem tylko, że tłukła równo wszystkie dzieci i jawnie okazywała, że ich nie chce. Kazio miał dobre serce, bo choć karmiony od dzieciństwa nienawiścią, to sam ujmował się za tymi, których uważał za słabszych.

      Usuń
  3. W każdym mieście znajdziesz takiego Kazia, nie w każdym taką Bajkę; ładnie to napisałaś i szkoda tylko, że tak wesoło się zaczęło, a smutno skończyło, jak to w życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to w życiu, tragikomedia i dramat, ale, jak śpiewa poeta, i tak warto żyć.

      Usuń
  4. Chyba zacznę kolekcjonować Twoje teksty. One mają duszę!

    OdpowiedzUsuń
  5. Pani Bogumila byla bardzo madra kobieta, ona potrafila widziec czlowieka w czlowieku bez wzgledu na to jak potoczyly sie tym ludziom losy. To nie jest latwe, bo latwiej przypisac latke, nazwac degradujacym slowem, bo wtedy ten nazywajacy czuje sie lepiej, dowartosciowuje sam siebie a ze kosztem innych to juz sie nie liczy, on jest lepszy. Lepszy bo trzezwy, bo ma dach nad glowa.... a ja akurat tymi "lepszymi" sie brzydze, bo najczesciej nie ma w nich nawet sladu czlowieczenstwa.
    Dzieki Tobie pokochalam pania Bogumile i nawet Ci troche zazdroszcze (pozytywnie), ze mialas przyjemnosc spotkac te kobiete na swojej drodze.
    Najczesciej tym ludziom brakuje wlasnie zwyklej ludzkiej zyczliwosci.
    Pomagac tez trzeba umiec niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Star, ja między innymi, dlatego tak do Ciebie się przykleiłam, że bardzo podobnie patrzymy na życie. Też wkurzają mnie ci "lepsi", którzy swoją lepszość opierają na umniejszaniu innych. Zawsze też stanę za tym gorszym, słabszym, bo ci lepsi, mocniejsi poradzą sobie sami. Im większa ludzka bieda, tym większej trzeba pomocy i delikatności. Nadętego bufona mogę obrazić mocnym słowem. Ale 10 razy się zastanowię zanim potępię tego, który wydaje mi się słabszy. Tylko dla durni brakuje mi cierpliwości.
      Pani Bogumiła była przyjaciółką mojej Mamy i pięknym człowiekiem. Ludzie tacy jak ona zawsze zostawiają ślad w tych, których spotkają na swojej drodze. Ja wciąż się koło niej kręciłam, więc miała na mnie duży wpływ. Tak sobie myślę, że chociaż los nie raz zafundował mi kopniaka, to dał też szansę, bo postawił na mojej drodze wartościowych ludzi. A nie ma większego bogactwa niż ludzie, którzy są przy nas. Są też tacy, których lepiej trzymać od siebie na odległość kija, ale jak masz tych pierwszych, to obronisz się przed tymi drugimi.

      Usuń
    2. Masz racje, bardzo podobnie patrzymy na zycie i ciesze sie ogromnie, ze los pozwolil nam sie poznac, chocby tylko wirtualnie, ale to lepiej niz wcale.
      Przy okazji dodam, ze jak poznalam mojego meza to wlasnie ujal mnie skromnoscia i cierpliwoscia dla innych.
      Ma dwa doktoraty, moglby sie czuc lepszy, a jednak sie nie wywyzsza, zawsze przystanie zeby wysluchac slabszych i ewentualnie pomoc, doradzic. Nigdy nie widzialam zeby kogos potraktowal "z gory" tylko dlatego, ze dana osoba nie ma wyksztalcenia czy pieniedzy. Pamietam jak bylam w szpitalu i rozmawial z moim doktorem na temat mojego leczenia, zabiegow, lekow i w rozmowie wyszlo jego wyksztalcenie. Ten doktor przy kolejnej wizycie zwrocil sie do Wspanialego uzywajac tytulu "doktora" na co Wspanialy powiedzial " przepraszam ale doktorem to ja jestem w pracy, tu jestem mezem pacjentki a doktorem jest doktor". Od tamtej pory krakowskim targiem przeszli na "ty" dla ulatwienia rozmowy:)))

      Usuń
    3. Kocham Wspanialego :)) No i was Obie oczywiscie :)

      Usuń
    4. Star, my nawet mężów sobie wybrałyśmy podobnych, chociaż mój nie ma doktoratów. Artur to jest taki grzeczny, że jak by mu za tę grzeczność płacili, to ja bym się pytała ile Lublin kosztuje. Niestety grzeczność, uważność, delikatność nie są w cenie, bo nie każdy się na niej pozna. Buce płci obojga biorą grzeczność za głupotę. A Artur jest naprawdę szlachetnym człowiekiem. Pamiętam taką sytuację, jak już opowiadałam, to się powtórzę. Artur dostawał w pracy puszki mięsne, których nie jadł, bo on wegetarianin, więc zawsze mieliśmy duże zapasy. Kiedyś poszedł wynieść wieczorem śmieci i długo go nie było. Jak wrócił, okazało się, że chciał dać te puszki bezdomnemu, który grzebał w śmietniku. Żeby ten człowiek nie poczuł się skrępowany, to Artur polował, aż bezdomny oderwie się od swojego wózka. I tak, zwiedził trzy śmietniki zanim niepostrzeżenie wrzucił do wózka dwie paczki puszek. I za tę delikatność i chęć niesienia pomocy, to go kocham najbardziej.

      Usuń
  6. Świętą za życia jesteś, bo święci i Aniołowie są wśród nas:-)
    Szkoda, że nie jesteśmy wolni od zachowań, które nie za bardzo o nas świadczą, bo łatwiej nie wnikać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do świętości mam daleką drogę. Jednak bez fałszywej skromności powiem, że empatii mi nie brakuje i na moją pomoc można liczyć. Raz poległam kiedy moja podopieczna pani Helenka trafiła do szpitala pod respirator. Nie byłam w stanie jej odwiedzać, więc ograniczałam się do kontaktu telefonicznego z jej córką. Sama byłam w złej formie fizycznej i psychicznej, więc ten dodatkowo ciężar do uniesienia był ponad moje siły. Dlatego kierując się zdrowym egoizmem zadbałam o siebie. Do dziś mi z tym ciężko, ale wiem, że zrobiłam dobrze. A gdybym była dobrym materiałem na święta, to w podskokach pogoniłabym do szpitala.

      Usuń
  7. Kitty, to ja dołączam do trójkąta))) Cieszę się, że jesteś.

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękna opowieść o pogubionym i dobrym człowieku.Lubił psy a psy rozpoznają dobrych ludzi.Strasznie to dołujące być niechcianym przez nikogo...a może to on nie chciał w jakimś momencie...smutne miał życie p.Kazio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pan Kazio nie dostał od życia wiele dobrego, ale sam starał się nikogo nie krzywdzić. I nie krzywdził nikogo oprócz siebie. Widocznie nie umiał inaczej żyć. Nałóg odebrał mu wszystkie szanse. Miał dobre serce, więc tym bardziej go żal.

      Usuń