Jestem kobietą, która ma już życia popołudnie, ale starość ignoruję na ile się da. Tytuł bloga odnosi się do tego, że jeżeli popatrzymy na życie jak na górę, to ja już schodzę ze swojej góry, a kto chodził po górach wie, że schodzi się trudniej. Jednak smęcę umiarkowanie, bo wolę się śmiać. A że potrafię się śmiać również z siebie to powodów do śmiechu mi nie brakuje. Na blogu piszę o swoich i nie swoich potyczkach z życiem.
dla wiernych Czytelników,którzy wciąż odwiedzają mojego bloga chociaż ja sama traktuję go po macoszemu.
Tym razem zamilkłam, bo dostałam kilka książek, które musiałam szybko przeczytać. "Kobieta zbuntowana" Krystyny Kofty, "Kalendarzyk niemałżeński" Pauliny Młynarskiej i Doroty Wellman i "Szczęściara" Sachi Parker, to w sumie ponad tysiąc stron maczkiem w dużym formacie, więc trochę mi się zeszło. Poza tym przechorowałam jakiegoś atrakcyjnego grypowego wirusa, który na tydzień wyłączył mi myślenie i chęć na cokolwiek oprócz spania. Ale już wracam do żywych i cieszę się na normalne życie bez smarków, kaszlu, łamania w kościach i temu podobnych atrakcji. Do miłego...
Nie
wytrzymałam zbyt długo w abstynencji od polityki i poszłam z
rodziną na manifę Komitetu Obrony Demokracji. Manifestacja
odbyła się pod hasłem: "W obronie naszej wolności", a
ja wolności będę bronić zawsze.
Dzień
był bardzo mroźny, ale i tak przyszło dużo ludzi. Trudno mi
ocenić ile nas było, ale wydaje mi się, że około tysiąca.
Manifestacja zaczęła się w południe pod Chatką Żaka, potem był
przemarsz w kierunku Placu Teatralnego, gdzie miały miejsce
przemówienia, następnie uczestnicy marszu przeszli na Plac Litewski,
gdzie planowany był koniec protestu. Tam czekali już dowiezieni
autokarem narodowcy, którzy próbowali zagłuszać przemówienia i
obrażać uczestników KOD-u. Nie przestali nawet wtedy, gdy
manifestanci śpiewali hymn, a podobno są tacy patriotyczni. Nie
obyło się też bez przepychanki, bo jeden z narodowców wyrwał
jakiemuś manifestantowi transparent. Skończyło się na interwencji
policji i mandacie. Ja też podpadłam jednej paniusi, choć wcale
się o to nie starałam.
Podeszła
do mnie taka moherowa babcia i spytała napastliwie.
- Po
co przyprowadziła pani tu dziecko?
- Niech
pilnuje swego, żeby nie okazało się, że Kaczyński będzie
decydował, które bajki może oglądać – odpowiedziałam. - Hmmm
– fuknęła. A dużo wam za to płacą? - Kto
i za co? - spytałam zdezorientowana, bo mimo tonu jakim się do
mnie zwróciła nie traktowałam jej zaczepki jako ataku. - No te sprzedawczyki z PO – uświadomiła mnie szybko. - Aha
– wykazałam się refleksem. No chyba tyle samo ile pani płacą
te aparatczyki z PiS-u – odpaliłam złośliwie.
Paniusię
lekko zamurowało, a ja wzięłam wnuka za rękę i zmieniliśmy
lokalizację. Trochę jeszcze śpiewaliśmy, skandowaliśmy,
klaskaliśmy i po godzinie 14 rozeszliśmy się każdy w swoją
stronę.
W
drodze powrotnej zajrzeliśmy do Pyzowej Chaty, bo wnuk był,
cytuję:”Strasnie zmęcony i głodny”. Dziwne jest jak to dziecko
na widok znajomej knajpy od razu umiera z głodu, ale co tam,
przynajmniej minęło mnie mieszanie w garach. Po obiedzie biegusiem
poszliśmy do domu, bo zrobiło się jeszcze zimniej. I to byłoby na tyle na temat mojej walki o demokrację.
Świętowałam dzisiaj Dzień Babci, najpierw w przedszkolu, później u córki, która przygotowała mały poczęstunek. Dostałam laurki, wierszyk, dużo całusów, uścisków i głasków. Babciowanie przychodzi mi łatwo i daje mnóstwo radości. Po prostu kocham kochać tego małego i dziękuję Opatrzności, że mogę to robić. Nie jestem oryginalna, większość babć tak ma, ale co mi szkodzi podzielić się tą radością? Nic, więc się dzielę. Czyż on nie jest cudny? Moim zdaniem bezapelacyjnie jest.
Patrząc na ten rysunek, zadałam sobie pytanie: którym królikiem wolę być? Tym, który na pierwszy rzut oka ma więcej, więc inni mu zazdroszczą? A może jednak tym, który ma to co istotne chociaż niezbyt widoczne? Nie miałam trudności z odpowiedzią.
Niestety dla dużej rzeszy ludzi odpowiedź wcale nie jest taka oczywista. Omamieni konsumpcyjnym stylem życia zbyt często zapominają co jest naprawdę istotne.
Pytanie "mieć czy być?" już dawno się zdeaktualizowało. W dzisiejszych narcystycznych czasach nie mieć tego co mają inni, czym można się pochwalić, czego inni mogą zazdrościć, jest równoznaczne z "nie być". Smutne to, że coraz więcej ludzi żyje wyłącznie dla poklasku i pod dyktando reklamodawców, nie znając swoich prawdziwych pragnień.
Dlatego warto się pilnować, żeby natka nie była ważniejsza od marchewki. obrazek złowiony w sieci
"Życie jest jak przysmak – ktoś go sobie ciągle odmawia, ktoś zjada potajemnie w ukryciu, ktoś się wiecznie odchudza i wybrzydza i rezygnuje, a ktoś pozwala sobie na konsumowanie z rozkoszą – nie żałując ani nie obwiniając się po zjedzeniu, pozostając w stanie błogim i sytym". T.Varukha
Pomyślałam o tym cytacie po wczorajszym spotkaniu ze znajomą, która mi się zwierzyła, że ciężko jej się żyje; rodzina wredna, pieniędzy wciąż za mało, świat dookoła psieje, no i ta starość tuż za progiem odbierająca resztkę nadziei.
- No to może coś z tym zrób - powiedziałam - na początek możesz przestać obsługiwać męża i dorosłe dzieci a w tym czasie zająć się czymś co da ci trochę radości... - Daj spokój, to nie przejdzie - przerwała mi. - Skąd to wiesz? Próbowałaś? -Co będę próbować, jak wiem, że się nie da?- odpowiedziała. - Z takim podejściem to na pewno nic nie zmienisz. - Wiem, ale co ja mogę? - spytała retorycznie.
Jej retoryczne pytanie zawisło w próżni, bo co miałam jej powiedzieć? Że część swojej biedy ma na własne życzenie? Że człowiek zawsze coś może, chociaż bywa, że to "coś" to bardzo niewiele? Że tyle dostaniemy z życia ile sami postaramy się wziąć? Że zawsze warto wiele od życia wymagać i wyciskać je jak cytrynę?Zmieniłam temat, bo nie ma sensu doradzać komuś na siłę, a wygląda na to, że ona już dawno się poddała i na jedno rozwiązanie ma dwa problemy.
Oprócz niej znam jeszcze co najmniej parę osób, które systematycznie dławią się tym życiowym przysmakiem, bo, chcąc iść po linii najmniejszego oporu, wciąż stoją w kontrze do własnych pragnień i marzeń, szukając wygody rezygnują z tego, co w życiu najistotniejsze - życia w zgodzie ze sobą. Często bywa, że zamiast własnego życia chcą mieć życie jak z telewizyjnej reklamy, ponieważ sądzą, że wtedy osiągną prawdziwe szczęście. A tu nic z tego, rzeczywistość skrzeczy, więc obrażają się na swój los i ograniczają się do narzekania na wszystkich i wszystko. Nie mogąc dostać wszystkiego, nie sięgają nawet po to co mają w zasięgu ręki. Czy można im pomóc? Pewnie tak, ale najpierw powinni się na tę pomoc otworzyć. Niestety nie zawsze chcą, bo zmiany wymagają wysiłku i choćby odrobiny wiary, że może być lepiej.
Nie czuję się powołana do naprawiania innych, a poza tym, mam ze sobą dosyć roboty. Mnie też czasami życie nie smakuje i staje ością w gardle. Jednak nie odpuszczam, nie mówię, że się nie da, choć często mam na to wielką ochotę. Po prostu robię co mogę, żeby choć trochę poprawić swój los, nie zwalniam się z obowiązku dbania o swoje szczęście, i trzymam się nadziei, że to cośda. Skutek jest taki, że mam
lepiej niż moja znajoma, ale też bardziej się o to "lepiej" staram.
Trochę zrządzeniem losu, a trochę na własne życzenie - każda z nas ma to
co ma. Słodkiego, miłego życia Wam życzę.
Byłam
z psiapsiółką w kinie na filmie "Moje córki krowy" wg scenariusza i w
reżyserii Kingi Dębskiej. Ta tragikomedia, opowiadająca wzruszająco i
zabawnie o rzeczach ostatecznych, bardzo mnie poruszyła. Choroba, śmierć, odchodzenie najbliższych, rozczarowanie życiem, które nijak nie
przystaje do naszych oczekiwań, to nie są zabawne rzeczy, a jednak
Dębska świetnie ubrała te mroczne tematy w śmiech. Śmiałam się i
wzruszałam na przemian obserwując jak każdy z bohaterów filmu mierzy się
we własny sposób z cierpieniem, przed którym nie ma ucieczki. Czy
chcemy czy nie śmierć jest częścią życia i każdy musi się z tym
pogodzić. Film Dębskiej pomaga oswoić ten trudny temat. Pokazuje też, że
życie trwa do końca, więc nawet w cierpieniu, w chorobie, z ostatecznym
wyrokiem, że mamy już tego życia niewiele, trzeba szukać tego co
radosne.Urodziłeś się, więc nie ma odwrotu - musisz sprostać życiu
jakie zostało ci dane i wziąć z niego tyle dobrego ile się da. Podobno
scenariusz powstał na kanwie osobistych doświadczeń reżyserki, więc tym
bardziej należą się jej gratulacje, że tak ciężkie doświadczenie
przerobiła, mimo wszystko, na pogodny choć bardzo nostalgiczny film.
Wielkie brawa dla aktorów; Agata Kulesza rewelacyjna, Marian Dziędziel poruszający, Gabriela Muskała bardzo zabawna. Bardzo polecam obejrzenie filmu, bo naprawdę warto.