Szukaj na tym blogu

wtorek, 8 lutego 2011

Dwa wektory.

Dzwoniłam dziś do koleżanki, która w ubiegłym tygodniu bezskutecznie się do mnie dobijała. Nie odbierałam jej telefonów, bo nie czułam się na siłach, żeby z nią gadać. Teraz gryzło mnie sumienie i chciałam to naprawić. Poza tym, wiedziałam jak trudne są dla niej dni wolne od pracy. Ma wtedy więcej czasu , więc rozmyśla o swoim nieudanym życiu i trudno ją od tego zajęcia oderwać. Po takim weekendzie wchodzi w nowy tydzień jak zombi, kompletnie wyprana z energii i jakiejkolwiek chęci do życia.

Zrobiłam sobie dobrą herbatę i sięgnęłam po telefon, żeby uciszyć sumienie i wesprzeć W.
- Halo! – burknęła w słuchawkę.
-Cześć, co u ciebie?
- Nic. A co ma być. Żyć mi się nie chce.
-Możesz jaśniej?
-Jak mam jaśniej? Jaśniej już nie można. Życie mnie boli i już.
- W, czy ty nie możesz wziąć pod uwagę, że ja prosta kobita jestem, nie mam nic z melancholijnej poetessy, więc takie teksty do mnie nie przemawiają, raczej działają mi na zęby. - Raz jeszcze proszę, mów co się stało. Bo jak nie to się rozłączam i zostaniesz sama z tym bolącym życiem – zagroziłam.
- No tak. Jeszcze ty się na mnie wyżyj, to będzie już komplet – odparła płaczliwie.
„Znowu wchodzi w rolę cierpiętnicy” oceniłam i zamiast współczucia poczułam zniecierpliwienie.
- To powiesz w końcu, o co chodzi? – spytałam, nastrajając się jednocześnie na długą listę lamentów.
- Chodzi o to, że jestem sama jak palec, w pracy robię za osła, głowa mi pęka i nawet ty na mnie krzyczysz- skończyła wyliczankę W.
„Coś krótko, jak na nią. Chyba faktycznie z nią kiepsko”, pomyślałam.
- W, po pierwsze to nie jesteś taka bardzo samotna, bo masz rodziców, rodzeństwo i jeszcze paru ludzi, dla których jesteś ważna…
-Oj, daj spokój- przerwała mi W. Powiedz mi jeszcze, że Bóg mnie kocha i na pewno spotkam w końcu tego odpowiedniego faceta – powiedziała z irytacją.
- Masz jakieś kłopoty w pracy- spytałam, żeby nie ciągnąć wątku o samotności.
- Takie jak zawsze. Wszyscy mają mnie za głupią oślicę, która nie ma osobistego życia, więc zwalają mi na garba wszystko, co tylko się da – powiedziała ze smutkiem.
- A nie pomyślałaś, że podrzucają ci problemy, z którymi sobie nie radzą, bo wiedzą, że ty dasz radę? Jesteś świetna w swoim fachu - próbowałam ją pocieszyć.
- Akurat ci uwierzę. Co ty masz mnie za głupią? – warknęła.
- Nie mam cię za głupią, tylko nie rozumiem, dlaczego sobie to robisz. -Co sobie robię - No sama zatruwasz sobie życie.
-Ja???- powiedziała z takim zdumieniem, jakbym ogłosiła ją królową egipską.

Oczywiście, że nie ona. Ona jest tylko jak przeładowany komputer, zawiesza się wyłącznie na tym, co negatywne. Najmniejszy problem celebruje jak ksiądz mszę a każde niepowodzenie musi wspominać w nieskończoność, bo jakby nie wspominała, to mogłaby, co nie daj boże, zapomnieć i lista nieszczęść by się jej nie zgadzała.

Jest mi jej żal i chciałabym jakoś pomóc, ale coraz częściej jej unikam, bo czuję się bezradna. Nie jestem facetem, a w świecie W. życie bez faceta, to nie jest życie. Staram, się żyć pogodnie, a W. lubi mi tłumaczyć, że niepotrzebnie się tak cieszę, bo właściwie nie mam z czego. Wszystko jest do bani, ludzie są źli, tylko ja nie potrafię tego tak dobrze ocenić jak ona.

Jesteśmy w pewien sposób do siebie podobne, tylko nasze życiowe wektory mają przeciwne kierunki. Ona się uparła, że będzie nieszczęśliwa i nikt jej nie wytłumaczy, że może żyć inaczej. Ja też się uparłam, że będę jak najmniej nieszczęśliwa i z uporem maniaka szukam każdej, nawet najmniejszej, radości.

Moja ulubiona poetka Wisława Szymborska nie jest hura optymistką. Widzi życie na wskroś, porażająco wyraźnie, ale ile w niej pogody ducha i uśmiechu. Przecież nawet jeżeli „życie chwilami bywa znośne”, to i tak jest na tyle ważne, że warto starać się żyć, najlepiej jak można.

***

Życie na poczekaniu


Życie na poczekaniu
Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.

Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.

O czym jest sztuka,
zgadywać muszę wprost na scenie.

Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia,
narzucone mi tempo akcji znoszę z trudem.
Improwizuję, choć brzydzę się improwizacją.
Potykam się co krok o nieznajomość rzeczy.
Mój sposób bycia zatrąca zaściankiem.
Moje instynkty to amatorszczyzna.
Trema, trzymając mnie, tym bardziej upokarza.
Okoliczności łagodzące odczuwam jako okrutne.

Nie do cofnięcia słowa i odruchy,
nie doliczone gwiazdy,
charakter jak płaszcz w biegu dopinany -
oto żałosne skutki tej nagłości.

Gdyby choć jedną środę przećwiczyć zawczasu
albo choć jeden czwartek raz jeszcze powtórzyć!
A tu już piątek nadchodzi z nie znanym mi scenariuszem,
Czy to w porządku - pytam
(z chrypką w głosie,
bo nawet mi nie dano odchrząknąć za kulisami).

Złudna jest myśl, że to tylko pobieżny egzamin
składany w prowizorycznym pomieszczeniu. Nie.
Stoję wśród dekoracji i widzę, jak są solidne.
Uderza mnie precyzja wszelkich rekwizytów.

Aparatura obrotowa działa od długiej już chwili.
Pozapalane zostały najdalsze nawet mgławice.
Och, nie mam wątpliwości, że to premiera.
I cokolwiek uczynię,
zamieni się na zawsze w to, co uczyniłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz