Szukaj na tym blogu

sobota, 10 października 2020

Artystka od przydasiow w kwarantannie to ja

Dzisiejszy post zacznę od informacji, że zdrowieję. I to tyle dobrych informacji, reszta jest już mniej optymistyczna. Urodziny Adasia się nie odbędą, bo nieoficjalnie jesteśmy w kwarantannie, ponieważ, albowiem, gdyż, nauczycielka Daniela ma Covida, więc cała klasa jest na nauczaniu zdalnym. Kilkoro dzieci z klasy Daniela ma niepokojące objawy, więc nie jest wykluczone, że kłębek dopiero zaczął się rozwijać. Jakby tego było mało kuzyn zięcia też ma covida. Córka i zięć byli na imprezie rodzinnej, gdzie mogli się zakazić. Może gluty Adasia nie wzięły się tak z niczego, chociaż córka przekonuje, że to  problem bakteryjny. I tego będziemy się trzymać.

Stara doniczka w złotych koronkach

Przyznam jednak, że powyższe informacje trochę mnie przytłoczyły. Jak do tego dodać marne samopoczucie fizyczne, bo niby czuję się trochę lepiej, ale nie na tyle dobrze, żeby zapomnieć z jakich organów się składam, to cieszyć się za bardzo nie ma z czego. Perspektywa izolacji od najbliższych i festiwal głupoty rządzących też optymizmem nie napawa. Było mi więc byle jak, łzawo i smutno. Posiedziałam dłuższą chwilę taka skiśnięta i bez apetytu na życie, ale im dłużej siedziałam, tym było mi gorzej. Co by tu zrobić, co by tu zrobić?  - zastanawiałam się z uporem maniaka. Aż mój wzrok przyciągnęła puszka z farbą w sprayu. "Stare złoto" przeczytałam na naklejce. (Kto trzyma farby w pokoju? No ja trzymam, bo dostępu do piwnicy broni mi rodzony chłop. Taki jest nieużyty.) Zrób sobie Baśka Bizancjum, to przynajmniej będzie na bogato w tym całym dziadostwie - lotem błyskawicy wpadła mi taka myśl. A ja już tak mam, że jak coś pomyślę, to robię i nieważne, czy mądrze czy głupio, byle szybko. Poleciałam więc na balkon, na którym stoi wielka paka z gratami, które przywlekliśmy ze starego mieszkania. Wiecie jak to jest, człowiek nazbierał różnych dawno nieprzydatnych przydasiów i żal mu je wyrzucić a ciężko nieść i nie ma gdzie upchnąć.

Pierwsze w ręce wpadły mi dwa stare klosze, które chciałam komuś oddać, żeby się nie zmarnowały, ale nie znalazłam chętnego, żeby je wziął. Zrobię z nich osłony do doniczek, pomyślałam i zrobiłam używając farby, kawałka starej firanki i spodeczków pod szklanki, które też w pudle leżały zapomniane. 



Potem opędzlowałam złotościami kilka doniczek, które kolorystycznie odstawały od mojej wizji Bizancjum.

 

Przypomniałam sobie też, że mam jeszcze jeden duży klosz, który można wykorzystać na osłonę doniczki z wielką paprotką. I szybciej niż myślałam opryskałam nudny beż na stare złoto, ale już bez pomocy firanki. A na koniec przesadziłam kilka kwiatków do większych doniczek i cała szczęśliwa stwierdziłam, że "cysorz to ma klawe życie", ale cysarzowa też.


 

Inwestycja 12, 50 złotych polskich na farbę, kilka starych skorup i kawałek firanki, a ja wybawiona i szczęśliwa. No ja to potrafię robić dobre interesy.  I moje skrzydłokwiaty mają teraz piękne koronkowe sukienki. Jak Wam smutno moje kochane Czytelniczki, to zabawcie się w przedszkolaka, bo to Bizancjum było tylko umowne.

Na koniec ucieszę Was piosenką, o klawym życiu, które jak się dobrze przyjrzeć może być udziałem każdego. I niekoniecznie trzeba do tego utrupić stryjca.

 
I na dzisiaj to by było na tyle.

środa, 7 października 2020

Gwiazda autobusu linii 39, zasmarkany młodzieniec i zestrachana seniorka

Jestem zawirusowana,   bo bolą mnie kości, głowa i chrypie jak Jan Himilsbach po popijawie. Chrypką straszę okoliczny naród  ilekroć muszę się odezwać. Ale bycie trędowatą, to jednak ciekawe doświadczenie. Jako porządny obywatel stosuję reżim sanitarny, ale ze zdziwieniem obserwuję reakcje ludzi. Jadę autobusem, zamaskowana po czubek głowy i od czasu do czasu chrząkam, bo brak tlenu i bolące gardło to kiepskie połączenie. Metr dalej stoi młody chłopak, któremu gluty nachalnie wyłażą z nosa, więc na powrót je wciąga walcząc z przepełnionym nosem i grawitacją. Usmarkana maseczka wisi mu smętnie w okolicach brody, ale chłopak słusznie nie ryzykuje założenia jej na twarz. Za usmarkanym tłoczy się wianuszek młodych ludzi, bo ten stoi najbliżej drzwi. Po kolejnym siąknięciu usmarkanego nie wytrzymuję, wyjmuję z torebki paczkę chusteczek podając ją młodemu człowiekowi z krótkim komunikatem : proszę. Zasmarkany przyjmuje chusteczki bez słowa, otwiera paczkę... I wtedy do akcji wkracza seniorka siedzącą dwa miejsca dalej. - Nie bierz! Ta pani jest chora - wdzięcznie mamrocze spod szaliczka zatkniętego pod okulary i zawieszonego na uszach. Zasmarkany chwilowo zastygł w zadumie i najwyraźniej rozważa kogo posłuchać, ale gluty nie odpuszczają, więc wyjmuje chusteczkę i wyciera nos. 

I Co pani narobiła? Teraz on się od pani zarazi. A w ogóle to jakim prawem jeździ pani komunikacja miejską?  - zwraca się do mnie seniorka zamotana w szaliczek. Głowa mnie boli, maseczka mnie dusi, w autobusie gorąco, więc to nie jest odpowiednia atmosfera, żeby chciało mi się rozmawiać z niezadowoloną seniorką. Nawet jakbym jej wyjaśniła, że nie mam typowych objawów Covid, jestem  w miarę możliwości zabezpieczona, siedzę blisko drzwi i jadę do lekarza, to i tak nic  by to nie zmieniło. Dlatego milczę. 

- Ogłuchła pani? - pokrzykuje seniorka, której widocznie bardziej naraziłam się ignorowaniem jej cennych uwag niż tym, że bez jej pozwolenia dałam zasmarkanemu chusteczki. 

- Co za aspołeczni ludzie. Tyle się w telewizji mówi o dystansie społecznym, o kwarantannie, a taka wejdzie do autobusu i zaraża Bogu ducha winnych ludzi - gderała seniorka, nie spuszczając  ze mnie oka. Inni pasażerowie, którzy wcześniej nie byli świadomi moich przewinień, zaczęli mi się przyglądać. I tak, chciał nie chciał, zostałam gwiazdą autobusu linii 39. Już chciałam powiedzieć, żeby seniorka bardziej przyjrzała się swoim szarym komórkom pod kopułką, czy aby nie wyginęły, zamiast tyle uwagi poświęcać mojej skromnej osobie, gdy ktoś mnie ubiegł.

- Pani niech się lepiej nie odzywa. Gdzie pani ma maseczkę? Omotała się jakimiś szmatami i pluje na ludzi. Jak pani jest taka głupia, jak słychać, to trudno, ale po co się pani tym chwali? Głupota też jest zaraźliwa - powiedział w kierunku seniorki pasażer obładowany wiaderkiem i grabkami. Seniorka na chwilę zamilkła, ale widocznie tak była zaprawiona w pyskówkach, że nie mogła sobie odpuścić, musiała mieć ostatnie słowo.

- Po co pan się wtrąca? Uwagę będzie ludziom zwracał, a sam przepisów nie zna. Zaraz zgłoszę do kierowcy, że przewozi pan narzędzia w pojeździe przeznaczonym dla ludzi. 

- Zgłoś wredna babo, to się razem przespacerujemy. Wiaderko ci wsadzę na łeb, żeby wstydu nie było i grabiami będę poganiał - odparował tubalnym głosem pan działkowicz.

Seniorkę zatkało skutecznie. Zresztą nie tylko ją. Droga do następnego przystanku przebiegała w ciszy. Wysiedliśmy z działkowiczem na tym samym przystanku. Działkowicz oswobodził się z maseczki, uchylił czapki i z lekkim ukłonem powiedział do mnie: Do widzenia pani.  Do widzenia, odpowiedziałam grzecznie i patrzyłam, jak mój obrońca i rycerz w jednym oddala się w nieznanym kierunku. Co prawda nie na koniu, ale z narzędziem i wiaderkiem jako częścią zbroi. Cóż, jaka królewna taki rycerz. 😉 Coś mi się zdaje, że muszę częściej jeździć autobusami, bo w dobie zawieszenia masowych rozrywek to może być jedynie dostępny cyrk. A przecież śmiech to najlepsze lekarstwo.

Wypadałoby coś napisać, jak sobie radzę z chorobą, ale właściwie nic nowego się nie dzieje, wciąż lecę starą płytą. Jednak dziś jest już jakby lepiej. Trochę kaszlę, ale płuca czyste. Węchu ani smaku nie straciłam, więc Covida na pewno nie mam. Smak do tego stopnia mnie nie opuścił, że z imieninowych słodkości nie został nawet okruszek. W końcu trzeba było czymś ten czosnek zagryzać. Także tegoroczne imieniny Artura odbyły się szybko, bo żona solenizanta ledwie trzymała się na nogach zaś solenizant nie chciał straszyć znajomych, więc nie stawiał ich przed wyborem, czy poczęstują się plackiem czy jeszcze jakąś jednostką chorobową. Najbliższa rodzina przestraszyć się nie dała i całą winę za niedyspozycję gospodyni zrzuciła na smarki Adasia. Grześki, Marciny i inni  będą musieli chwilę poczekać ze ściskaniem solenizanta. A ja zbieram siły, żeby się wyzbierać do kupki na urodziny Adasia, które już w sobotę. A potem trzeba będzie zorganizować urodziny Eli. Chorować nie mam zamiaru dłużej niż to konieczne, bo limity na choróbska wszelakiej maści już dawno wyrobiłam. Serdecznie dziękuję Wam za dobre życzenia, ciepłe słowa, komentarze i maile. 😘💋🌹

I na dzisiaj to by było na tyle.


Rysunek chorego serduszka złowiony w sieci. 

niedziela, 4 października 2020

Ciut, ciut chorsza jestem

Nowy dzień zaczęłam z bólem gardła, lekkim katarem i stanem podgorączkowym. To początek koronowanego wirusa? A może zwykle osłabienie organizmu, które zaowocowało złapaniem gili od mojego cudnego wnuka Adasia?

Mały czarodziej

Tego na razie nie wie nikt, ale wybieram tę drugą możliwość, bo na koronę to ja nie zasługuję. Prędzej na  zwykły katar i chore gardło. Ale nie czekając aż sytuacja się wyjaśni nałykałam się profilaktycznie witamin, zwiększyłam dawkę Imunitu, nadziałam się czosnkiem jak wielkanocna wędzonka i czekam aż mi się poprawi. 🤕 Powinno się poprawiać szybko, bo ja nie mam czasu na leżenie w łóżku. Za stara jestem, żeby marnować czas na chorowanie. Uważam, że wszystkie limity na choróbska wyrobiłam już dawno, więc teraz, aż do szybkiej śmierci w bardzo odległej przyszłości, powinnam być wolna od chorób. No i we wtorek mam imieniny męża, któremu należy się feta, bo chociaż czasami trudno z nim wytrzymać to chłop jest dobry z kościami i należałoby go dopieścić.  A w sobotę są trzecie urodziny wnuka, wiec tym bardziej muszę być na chodzie. W kalendarzu wiszą jeszcze zaległe urodziny przyjaciółki, które ja mam organizować, więc powinnam piorunem wyzdrowieć. Poza tym, ja nie jestem aż taka modna, żeby mieć modnego Covida. Ja spokojnie przeżyje bez korony, pielęgnując zwykłe przeziębienie. Taki mam plan. Trzymajcie kciuki, żebym szybko zdrowiała i mogła się źle prowadzić. Dbajcie o siebie i trzymajcie się ciepło.  

😘😘😘😘😢😘😘😘😘😢😘😘😘😘😢😘😘😘😘😢😘😘😘😘😢😘😘😘😘😘😢😘😘😘😘😢😘😘😘😘😢😘😘😘😘😘😢😘😘😘😘😢😘

Znalazłem piórko
Niech sobie leci

Cały świat w zasięgu ręki      
 

Narzekanie starej baby na katarek i gardziołko, to jednak mało ciekawy temat na posta, więc żeby było coś miłego wkleiłam zdjęcia Adasia i spółki. Wnuk ma uratować ten wpis, a nie tylko zarażać babkę katarem. I na dzisiaj to by było na tyle.

piątek, 2 października 2020

Jan Wołek w roli głównej

Za oknem pochmurno i od czasu do czasu pada drobny deszcz. W taką pogodę dobrze jest posiedzieć w domowym ciepełku i powoli ogarniać codzienność. Ja prasuję. Mąż naprawia laptopa. Na kuchence podskakuje garnek z ukraińskim barszczem. A w tle lecą piosenki z tekstami Jana Wołka. Wołek to tekściarz ze starej, dobrej szkoły. Potrafi zmieścić w piosence cały felieton. Słuchałam muzyki wespół w zespół z mężem i oboje przy tym trochę skisnęliśmy. Chociaż minęło tyle lat, to niektóre piosenki wciąż takie aktualne. Smutne to, bo dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby te teksty straciły na aktualności. Milej byłoby tylko powspominać, ale niestety, ciągle jemy tę żabę. Zresztą same posłuchajcie. 


 
Na koniec "Mały testament" w wykonaniu autora tekstu, bo Jan Wołek także śpiewa. W ogóle jest obdarzony wieloma talentami. Oprócz tekstów piosenek, pisze  jeszcze wiersze, jest autorem książek. Maluje też klimatyczne obrazy. Jeżeli nie znacie tego artysty, to bardzo polecam zapoznać się z jego twórczością. Fajnie się go słucha i  dobrze się przy nim myśli.
 
 

I na dzisiaj to by było na tyle.

środa, 30 września 2020

Walka o drogę. Ja kontra stetryczały dziadek

 

Kto mnie zna, ten wie, że po mnie wszystkiego można się spodziewać, szczególnie ostatnio. Grzeczna to ja już byłam. Na starość mi przeszło. I mówiąc szczerze, to nie żałuję, bo jak to mówią:"Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam gdzie chcą." Dlatego jako niegrzeczna, stara dziewczynka chodzę swoimi drogami i nic nikomu do tego, którą drogę wybiorę. Tak też było tym razem i to nawet dosłownie. Wracałam ze spaceru z kijkami na tzw. ostatnich nogach. Trochę za daleko się wypuściłam i marzyłam już tylko o tym, żeby jak najszybciej dojść do domu. A tu na drodze do spełnienia marzeń stanął mi dziadek

 
Dziadek siedział sobie na ławce, która nie całkiem przez przypadek stała obok ścieżki wydeptanej przez krnąbrnych mieszkańców osiedla. Tytułem wyjaśnienia powiem, że zarząd mojej spółdzielni zlikwidował alejkę, która prowadziła do bloku z tak newralgicznych punktów osiedla jak przystanek autobusowy, sklep, parking. Dlatego niepokorny naród w miejsce zlikwidowanej alejki wydeptał sobie ścieżkę. Wielokrotne wysiewanie trawy i postawienie ławki również nie pomogło. Trawa była regularnie deptana, a ławka przesuwana pod krzewy. Nie wiem, co szanowny zarząd miał na myśli, ale gdzie mieszkańcy mają zarząd, nie trudno  było się domyślić. Jednak jest w narodzie całkiem sporo jednostek, które przejawiają ogromny zapał do wychowywania innych i wystarczy tylko dać im pretekst a już działają. I właśnie na takiego dydaktycznie usposobionego dziadka niechcący trafiłam. 
- Czego po trawie łazi? Ślepa jest? Pisze szanuj zieleń?
Czytać nie umie? - wychrypiał dziadek, przytupując dla wzmocnienia wypowiedzi szpotawymi nóżkami. 
- Słucham? - powiedziałam zaskoczona, bo wyrwał mnie ze skupienia skierowanego na doczołganie się ostatkiem sił do domu.
- Niech nie słucha, niech się patrzy! - huknął, komicznie wykrzywiając przy tym usta i mało brakowało a wyplułby sztuczną szczękę, która w jego ustach żyła swoim życiem.
- Ma pan rację. Jak tak na pana patrzę, to od razu widać, że słuchanie pana to strata czasu - powiedziałam  i ruszyłam przed siebie. Ale nie doceniłam tetryka, któremu mój brak posłuchu tak bardzo się nie spodobał, że postanowił w celach edukacyjnych użyć laski i zagrodził mi przejście.  Konieczność nagłego zatrzymania się i podstawiona laska spowodowały utratę równowagi przez moją niesubordynowaną osobę, więc jak długa  poleciałam na dziadka.
- Gdzie się głupia babo pchasz?! - wrzasnął dziadek, gdy ja ze wszystkich sił starałam się złapać pion. Kiedy już mi się to udało i stanęłam dobrze na nogach, chciałam jak najszybciej oddalić się od dziadka, bo śmierdział starym potem, naftaliną i czosnkiem. Ale sklerotyczny muszkieter wymachiwał laską jak szpadą. I tego już było dla mnie za wiele.
- Uważaj stary dziadu, bo ty masz tylko jedną laskę, a ja mam dwa kije - krzyknęłam agresorowi wprost do aparatu słuchowego tak, że aż go trząchnęło. Po czym z gracją się oddaliłam, bo dziadka zatkało, a ja nagle odzyskałam siły. Mamroczący dziadek dochodził do siebie na ławce głośno krzycząc. Przy wejściu do bloku mijałam się z młodą sąsiadką, która grzecznie przepuściła mnie w drzwiach. Na półpiętrze wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak dziadek wymachując laską coś do niej pokrzykuje, bo ona również poszła ścieżką. Jak tak dalej pójdzie, to dziadka ze złości szlag trafi albo ktoś ręcznie wybije mu z głowy jego wychowawcze zapędy. Dziadek nie mieszka w naszym bloku, więc nie ma żadnego interesu, żeby napadać na ludzi, że mu trawnik depczą. Jednak dla zgorzkniałego tetryka nie ma nic przyjemniejszego nad psucie humoru innym, więc psuje. Nie wiem, co zrobię następnym razem jak się na niego natknę, ale na pewno będę się trzymała na odległość kija. I na dzisiaj to by było na tyle.

poniedziałek, 28 września 2020

Kwiaty dla pani mam

 

Większość kobiet lubi dostawać kwiaty. Ja też lubię. Jednak nie wymagam od męża, żeby wręczał mi kwiaty aż tak oryginalnie jak ten pan ze zdjęcia. Nie wymagam, bo dobrze mężowi życzę i nie chcę go odwiedzać na oddziale ortopedii miejscowego szpitala. Poza tym, jak się za wiele oczekuje, to można się nie doczekać. A ja mam bardzo pragmatyczne podejście do życia, więc najbardziej chcę tego, co mam szansę dostać. Ale przyznaję, że na tego pana ze zdjęcia bardzo przyjemnie popatrzeć. No i proporcje się wyrównują, bo zazwyczaj to kobiety stają na głowie, żeby się przypodobać  mężczyźnie. A moim skromnym zdaniem, kobiety całkiem niepotrzebnie tak się starają, bo mężczyzny psuć nie trzeba. Mężczyzna potrafi się popsuć sam, więc pomaganie mu w psuciu się jest zupełnie bez sensu. Wiem, co mówię, bo ja mojego męża nie psuję, a on i tak coraz bardziej zepsuty.

 

 

Tak się zastanawiam, czy pan te różyczki obskubał z kolców zanim je sobie wetknął w tak newralgiczne okolice męskiego ciała. Bo jak nie, to strach się bać. Co kobiecie po kwiatkach, jak mężczyzna uszkodzony? No raczej niewiele albo nawet nic. Chyba że ten pan wcześniej mocno narozrabiał to wtedy nich się pokłuje i niech go boli.

Wracając do mojego podwórka, to muszę pochwalić mojego męża, bo często daje mi kwiaty i zazwyczaj bez okazji. Na przeprosiny kwiatów nie dostaję, bo u nas burze są zjawiskiem jednego dnia, a nawet kilku godzin, więc trudno byłoby logistycznie zorganizować kłótnię, kwiaciarnię i przeprosiny. A my obydwoje mamy awersję do "trudno", więc praktykujemy przepraszanie się bez kfiotecków. 

Ostatnio zrobiłam się strasznie praktyczna, więc pomyślałam, że powinniśmy przejść z kwiatów ciętych na doniczkowe. Jak już pomyślałam, to chciałam szybko podzielić się tą myślą z mężem i przy okazji  zapunktować, że jestem taka praktyczna. W końcu czymś trzeba sobie na te kwiatki zasłużyć.

- Wiesz, następnym razem jak będziesz chciał kupić mi kwiaty, to wybierz kwiatek w doniczce. Taki doniczkowy dłużej postoi i w domu będzie więcej zieleni - zaproponowałam.

- Nie. Wolę cięte - powiedział, czym bardzo mnie zdziwił. Bo jak to tak, skoro kwiatki mają być dla mnie, to chyba ja powinnam decydować jakie chcę.

- Dlaczego nie?

- Bo wolę cięte. 

- ??? 

- No co tak patrzysz? Ty się strasznie wojownicza ostatnio zrobiłaś, więc nie będę ryzykował, że jak ci w czymś podpadnę to dostanę doniczką w łeb - popisał się zapobiegliwością mój małżonek.

- No wiesz - żachnęłam się za obraźliwe posądzenie, że miałabym w męża mojego jedynego rzucać kwiatkami w doniczkach. Poza tym, jaka to różnica, czy dostanie w łeb doniczką czy wazonem? Żadna. Ale przecież on musi zawsze postawić na swoim, to cały mój mąż. Nie chciałam się kłócić, więc temat  jakie mam dostawać kwiaty pozostał na razie otwarty. Jednak, żeby nie miał za dobrze, sama kupiłam sobie kwiat doniczkowy cudnej urody. A on niech się zastanawia, czy się przypadkiem nie zbroję. I na dzisiaj to by było na tyle.

Zdjęcie pana złowione w sieci,
zdjęcie kwiatka sfotografowane w domu.


 

piątek, 25 września 2020

Forrest Gump

Kilka dni temu trafiłam na informację, że 17 września zmarł Winston Groom amerykański pisarz, autor Forresta Gumpa.  Film, którego scenariusz powstał na podstawie tej  powieści, oglądałam kilka razy i ani razu się nie nudziłam. Książki jednak nie czytałam. Sięgnęłam po nią dopiero teraz, ale za to w ekspresowym tempie. I nie wiem, co lepsze - książka czy film. Różnic pomiędzy scenariuszem filmowym a książką jest dość dużo, ale dzięki temu jest jeszcze ciekawiej. Jeżeli nie czytałyście, to bardzo polecam, bo czyta się szybko, łatwo i bardzo przyjemnie. Szczególnie, jak ktoś, tak jak ja, lubi sobie pofilozofować przyglądając się codzienności. Świat oglądany oczami głównego bohatera  jest splotem przedziwnych okoliczności i absurdalnych zdarzeń, a wszystko podlane historycznym sosem. Życiem Forresta rządzi przypadek, ale gdy śledzimy, co za sprawą tego przypadku się dzieje, to nie mamy wątpliwości, że w życiu nie ma przypadków. Chcemy czy nie, nasze życie jest konsekwencją naszych wyborów.  Forrest Gump często powtarza, że jest tylko idiotą, ale podejścia do życia mógłby nauczyć wiele osób z dużo wyższym ilorazem inteligencji.  Rzucony w wir życia i historii wybiera to, co najcenniejsze: miłość, przyjaźń, wytrwałość w dążeniu do celu, szacunek i życzliwość dla innych. Nie daje się omamić mamonie, lekceważy splendor i blichtr. Historia opowiedziana przez Winstona Grooma wzrusza i bawi, ale też skłania do refleksji nad kondycją ludzkiego życia. Uczy, że "Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, co ci się trafi.", ale żeby trafiło się coś fajnego  trzeba się postarać. Dobrze by było starać się tak mocno jak robił to Forrest Gump. I na dzisiaj to by było na tyle.


wtorek, 22 września 2020

Znowu się powtarzam, że trzeba siebie lubić

Życie kołem się toczy i do ważnych spraw wracamy nie raz i nie dwa. A to jaki mamy stosunek do siebie i czy siebie lubimy, to przecież sprawa zasadnicza.
Kiedyś już poruszałam ten temat. Jak ktoś ciekawy TU jest link do archiwalnego posta.
Wtedy też byłam poruszona rozmową ze znajomą. Wracam do tematu, bo sprawa miała wczoraj ciąg dalszy.  
 
M. unieszczęśliwia się całym wachlarzem pretensji do siebie i innych.  Ludzie nie przejmują się jej wyrzutami i unikają kontaktu. A ona tyle energii wkłada w krytykowanie siebie, że nie wystarcza jej siły na jakąkolwiek zmianę. Lata mijają, a z nią jest coraz gorzej.  Bardzo to smutne, ale cóż, jak się nie chce wyjść poza schemat, to się w nim żyje. W schemacie M. ona wciąż jest niewystarczająco dobra, wciąż za mało posiada, ciągle nikt jej nie rozumie, prześladują ją wydumane choroby, źli ludzie i kulawy los. Jest samotna i nieszczęśliwa. 
 
Dzisiaj znowu zadzwoniła, bo chciała się umówić na spotkanie. Odmówiłam. Powiedziałam szczerze, że po rozmowach z nią jestem przygnębiona, zrezygnowana, mam objawy wszystkich jej chorób i nie stać mnie już na to, żeby przerabiać z nią czarne scenariusze.  Przykro mi. Siebie lubię jednak bardziej niż ją, więc niech każda z nas zajmie się sobą. Bez słowa odłożyła słuchawkę, a ja dołączyłam do całkiem dużego grona tych, którzy ją zawiedli. 
 
Było mi smutno i gniotła mnie świadomość, że odmawiam pomocy osobie w trudnej sytuacji. Ale potem przyszła refleksja, że nie jestem odpowiedzialna za życie znajomej, a za swoje i owszem. Dlatego pochwaliłam samą siebie za to, że  tak się zachowałam. Długo uczyłam się tego, żeby umieć w relacjach z ludźmi postawić siebie na pierwszym miejscu. Kiedyś tego nie potrafiłam. Moja ksywa "siostra miłosierdzia" nie wzięła się z niczego. Ale w końcu nauczyłam się lubić siebie  i wszystko stało się prostsze, a ja zostałam wredną babą. I dobrze, niech i tak będzie skoro mi z tym lepiej. Żeby uściślić, to lubię siebie tak mniej więcej. Wiadomo, więcej lubię siebie za zalety, a mniej za wady. Ale, ogólnie rzecz biorąc, saldo wychodzi mi dodatnie. Nie wiem, co będzie jutro. Może jutro trochę bardziej się zepsuję niż naprawię, a może będzie odwrotnie, ale ciągle to będę ja i ciągle będę siebie lubiła, tak mniej więcej, ze wskazaniem na więcej.  
 
A teraz pozwolę sobie wrzucić trochę dydaktycznego smrodku, mówiąc rzeczy oczywiste. No co? Lubię sobie przypomnieć czego mam się trzymać. Może ktoś oprócz mnie też skorzysta z tego przypomnienia.  Po pierwsze, jak nie lubimy siebie, to nie umiemy też prawdziwie polubić innych, ponieważ ci inni też mają zalety jak i wady. Po drugie, lubiąc siebie, lepiej o siebie dbamy zaś nadmierna krytyka skupia naszą uwagę na naszych ograniczeniach w sposób, który utrudnia wykorzystanie szans jakie niesie życie.  Po trzecie, lubienie siebie i docenianie wszystkiego co w nas dobre to nic złego, a fałszywa skromność to naprawdę żadna cnota, więc nie ma po co tak o nią zabiegać.  Dlatego jeżeli chce się żyć szczęśliwie, to najpierw trzeba lubić siebie w obecnej wersji, żeby móc stać się w przyszłości lepszą wersją siebie. Ja tak robię i każdemu polecam, bo tak łatwiej się żyje. 
 
M. jeżeli czytasz te słowa, to proszę daj sobie szansę i wyjdź poza swój stary, wyniszczający schemat.

W prezencie zostawiam Wam lekki wierszyk Jolanty Miśkiewicz z tomiku „Obierz mnie jak cebulę” I na dzisiaj to by było na tyle.
 
* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Obierz mnie jak cebulę –
Następna warstwa jest śliczna!
Nie puszysta, nie gruba –
Po prostu apetyczna.

Obieraj skórkę po skórce
Aż się do sedna dostaniesz.
Te zmarszczki są mimiczne,
Nie zwracaj uwagi na nie!

Zdejmij łupinkę uporu
I warstwę niepewności
A ja ci za to zapłacę
Złotą monetą miłości.

Obierz mnie jak cebulę,
Co z wierzchu, to się nie liczy.
Piękna sylwetka jest wewnątrz –
Coś we mnie głośno krzyczy!

Mówisz, że mam piękne oczy,
Które patrzą tak czule.
Przekonaj się jaka jestem
I obierz mnie jak cebulę.

sobota, 19 września 2020

Bo życie jest bez odwrotu

Porządkując laptopa znalazłam opowiadanie, które napisałam zainspirowana historią opowiedzianą przez przyjaciółkę. Tu ją opisałam SŁOWA JAK KAMIENIE  

 

 

Zastanawiałam się, co może czuć matka, której brakuje siły, żeby znieść cierpienie dziecka i swoje. I wyszła mi taka historia, która choć wymyślona, to nie jest niemożliwa.

Bo życie jest bez odwrotu

 

 

 

 

 

Jest późno. Od otwartych drzwi balkonu wieje chłodem. W pokoju jest coraz zimniej, leżę skulona i obserwuję niebo. Czarny prostokąt przyciąga mnie jak magnes. X piętro. Bardzo chciałabym uciec, ale wiem, że nie mogę. On musi umrzeć pierwszy. Od czasu kiedy się urodził, moje życie jest jak kiepskie puzzle, wszystko się rozsypuje i nie da się ułożyć obrazka. Nikt nie powinien poznać prawdy, bo jest zbyt okrutna, dlatego nie zdejmuję folii. Moje życie już nie należy do mnie, ale nie mogę się przyznać, co naprawdę czuję. Za dobrze wiem, czego się ode mnie oczekuje. Jestem matką, więc muszę być oddana swojemu dziecku. Muszę  robić to, co powinna robić dobra matka. Nie mogę już nie chcieć być matką, bo to jest zakazane. Dopóki nie wychodzę z roli jest w porządku. Mogę liczyć na współczucie i odrobinę podziwu, że taka jestem dzielna. Nie jestem, ale to nikogo nie obchodzi. 

Kiedy słyszę piewców świętości życia czuję gniew. Ja tę świętość życia oglądam codziennie i  cierpienie rozsadza mi głowę.  Mój sześcioletni synek leży bezwładny jak szmaciana lalka, którą kilka razy dziennie wstrząsają ataki epilepsji. Nie wiem, co słyszy, co rozumie, bo nie mamy ze sobą kontaktu. To może moja wina, bo inne matki mówią, że rozpoznają emocje swoich głęboko upośledzonych dzieci. Może. Ja, oprócz jego bólu, niczego nie rozpoznaję. Kiedyś się łudziłam, że  nauczę się, że będę wiedziała. Wciąż nie wiem.  Gdy kołowrotek codziennych czynności zabiera mi resztki sił i chęci do życia, to myślę, że chciałabym, żeby wreszcie umarł. Zamknięta w czterech ścianach przewijam, myję, odsysam flegmę, karmię, podaję leki, ubieram, weranduję - nie żyję, mój syn zabiera mi życie. Nie powinnam tak myśleć. Nie wolno mi. Jestem złą matką, jestem złym człowiekiem. Należy mi się kara, więc karzę się atakami migreny.  Kiedy ból rozsadza mi czaszkę zaznaję czegoś na kształt odkupienia, bo ból fizyczny uwalnia mnie od tego gorszego bólu i jest zapłatą za moje złe myśli. Głowa, jak bardzo by nie bolała, zawsze boli mniej niż dusza.

Niczego już nie ogarniam, ale nikt tego nie widzi. Moi bliscy są ślepi, tak jak mój syn. Codziennie wydeptuję te same ścieżki i codziennie nienawidzę coraz bardziej siebie, życia, jego. Zanim się urodził byłam innym człowiekiem. Żyłam swoim życiem, kochałam bliskich i Boga, miałam ideały i plany. Dzisiaj oprócz samotności, zmęczenia, poczucia winy, nienawiści, nie mam już nic. Bóg, w którego wierzyłam, był miłością. Dzisiaj nie mam już Boga. Mam chorego synka. Już nie umiem się modlić, choć tak bardzo bym chciała. 

Czasami zastanawiam się, czy mój syn mi wybaczy, że dałam mu takie życie, że nie umiem go kochać ponad wszystko. Czy, gdyby mógł wybrać, zgodziłby się na życie jakie ma?Ja miałam wybór, bo wiedziałam, że urodzi się chory. On nie miał wyboru, żadnego. Za mój wybór płacimy oboje. Czy w ogóle chciałby żyć? Czy czuje, że żyje, czy tylko cierpi? Strasznie się boję, że on ma tylko cierpienie. Kocham go, byle jaką miłością, ale kocham. Cierpię z nim. Często myślę, że cierpię bardziej, bo on ma tylko ból fizyczny. Ja mam jeszcze świadomość. A może nie mam racji, może mnie boli mniej. 

Kończy się kolejna bezsenna noc. Chmury zmieniły barwę i wszystko poszarzało. Uczucie goryczy, wstydu i bezradności wzmaga ból głowy i niesmak w ustach. Jestem zmęczona, a muszę zacząć kolejny dzień. Zacznę, bo życie jest bez odwrotu.

* * * 

I na dzisiaj to by było na tyle.

Zdjęcie złowione w sieci.

środa, 16 września 2020

Ciąg dalszy porządków w laptopie, memetyka i Duda

Jak już wcześniej pisałam, robiłam porządki w laptopie i usuwałam część zapisanych danych. Wśród przeczytanych artykułów, zapisków i zdjęć, był powyższy mem. Żal mi go było usunąć, tym bardziej, że przez najbliższe pięć lat raczej nie straci na aktualności. Ktoś, kto stworzył tego mema trafił w samo "sedno tarczy", jak mówił bohater filmu "Rozmowy kontrolowane". No, niestety. To jest prawda i sama prawda, chociaż tak chciałoby się powiedzieć, że gówno prawda. Postanowiłam wrzucić zdjęcie na bloga, niech sobie będzie. Nie ze względu na głównego bohatera, ale  w uznaniu dla twórcy mema.

I tak mi się przypomniało, że kiedyś już pisałam o teorii memów. Poszukałam na blogu i znalazłam TUTAJ To bardzo ciekawa teoria, bo z jednej strony memy traktowane są jako pasożyty umysłu, a z drugiej strony prosto i skrótowo opisują nam rzeczywistość.  Więcej o memetyce można przeczytać w TYM  artykule. Na pewno jeszcze wrócę do tematu, bo lubię przyglądać się życiu od podszewki. A na dzisiaj to by było na tyle.

niedziela, 13 września 2020

Jak to u mnie jest z tą mądrością

Jak wiecie, albo i nie, zbieram sobie różne złote myśli, które zapisuję przy pomocy  Painta, tworząc zgrabne obrazeczki. Dzisiaj porządkowałam laptopa,  bo wciąż coś zapisuję i już trochę za wiele nazbierałam. Grzebiąc w folderze ze złotymi myślami trafiłam na obrazek z cytatem o mądrości i głupocie.  I tak się zadumałam, jak to u mnie jest z tą mądrością. Zadałam sobie pytanie, czy ja umiem znosić głupotę innych? A wiadomo, jak kto się pyta, to się dopyta i to nawet wtedy, gdy gada sam ze sobą. No i wyszło mi, że wg Pitagorasa mądrością nie grzeszę. Ale co zrobić, jak ja swojej głupoty znieść nie mogę i nie raz sobie nawymyślam od głupich bab, to chyba nie dziwne, że znoszenie  cudzej głupoty też mi nie wychodzi. No nie mam cierpliwości i już. 

Głupota mnie złości, ale dopóki mogę to głupich nie zaczepiam i się na nich nie obrażam. Bo jak mówiła jedna mądra kobieta, którą miałam przyjemność znać: "Ja sie tam na głupich nie obrażam, bo to strata czasu. Ciągle by sie trza na kogoś obrażać, tyle tych głupich na świecie."

Jak już zaznaczyłam, dopóki mogę to głupoty innych się nie czepiam, ale zdarza się, że tracę cierpliwość. Pamiętam koleżankę z pracy, z którą przez jakiś czas musiałam dzielić pokój. Koleżanka nie należała do moich ulubionych, ale, skoro byłyśmy skazane na swoje towarzystwo, to starałam się grzecznie ją omijać. Ci, którzy mnie znają to wiedzą, że ja dopóki mogę to omijam, bo nie należę do gatunku zaczepnych, ale raczej tych co się bronią. Ale zadatków na świętą nie mam, więc bywa, że się pyrgnę, pysknę i kogoś obrażę. Wtedy też się broniłam, bo już naprawdę nie mogłam dłużej znieść komentarzy koleżanki, która o każdym potrafiła powiedzieć coś niemiłego i wszystkich miała za głupich. Jeszcze się za kimś drzwi dobrze nie zamknęły, a ona już zaczynała nadawanie: to debil, to idiotka, a to głupol jeden, to ostatnia kretynka itp., itd. A na koniec wygłaszała jeszcze deklarację, jak to ona nie znosi głupich ludzi i nie może na nich patrzeć. Długo cierpliwie słuchałam i nie komentowałam, ale w końcu pękłam i czynnie zademonstrowałam brak pitagorejskiej mądrości. 

- Bożena ty to biedna jesteś - powiedziałam, wzdychając głęboko.

- Dlaczego? - spytała z lekkim zdziwieniem.

- No jak to dlaczego? Ty taka mądra i nie wiesz?- powiedziałam kręcąc głową z udawanym niedowierzaniem.

- O co ci chodzi? - spytała wyraźnie już zirytowana.

- Nie złość się. Współczuję ci, że masz tak ciężko.

- Możesz jaśniej - warknęła, bo chyba źle udawałam to współczucie. 

- No czego ty nie rozumiesz? Przecież wciąż mówisz, jak bardzo nie lubisz głupich ludzi, a siebie znosić musisz. To musi być straszne. Ja po ośmiu godzinach z tobą mam dość, a ty bidulo cały czas się ze sobą męczysz ...

- Odczep się ode mnie ty głupia żmijo - przerwała mi wyrażanie współczucia Bożena i wypadła z pokoju. 

Dziesięć minut później zadzwoniła do mnie kadrowa, żeby potwierdzić u źródła czym obraziłam Bożenę. Przyznałam się bez bicia i słowo w słowo powtórzyłam co powiedziałam koleżance. Okazało się, że Bożena w spazmach zażądała, żeby mnie przenieść do innego pokoju, bo ona nie może ze mną pracować, ponieważ ją obrażam. Następnego dnia kadrowa znowu zadzwoniła, żebym przeniosła się z klamotami do sąsiedniego pokoju, bo Bożena grozi strajkiem okupacyjnym kadr. Bardzo mi to było na rękę, więc szybko się spakowałam, żeby nie narażać dłużej koleżanki na moje towarzystwo. W końcu ona i beze mnie miała wystarczająco ciężko. To po co jej druga głupia do towarzystwa.

Histeryczne zachowanie Bożeny pokazało, że ona chyba miała o sobie nie najlepsze zdanie skoro aż tak zabolało ją to, co powiedziałam. Czego mnie to nauczyło? Między innymi tego, że zawsze trzeba pamiętać, że gdy pokazujemy kogoś palcem, to cztery palce skierowane są na nas.  I warto się zastanowić, co wtedy widzimy.  Ja zawsze się zastanawiam, bo inni ludzie są jak lustra i czasami możemy zobaczyć w nich siebie. I na dzisiaj to by było na tyle. 

środa, 9 września 2020

Kolejna rocznica


Zdjęcie Taty w młodości, bo duchem zawsze był młody.








 

 

 

Dzisiaj mija 32 lata od śmierci mojego Taty. Odszedł nagle. Na stoliku przy łóżku zostawił gazety, których nie zdążył przeczytać, niedopitą herbatę... Był piękny, słoneczny piątek, cieszyłam się na weekendowy wyjazd, a mój świat nagle stanął i nic już nie było takie jak wcześniej. 

Ale Tata wciąż jest ze mną, bo ci, których kochamy, nigdy całkiem nie odchodzą i na zawsze są częścią nas samych. Moja córka pamięta dziadka i serdecznie go wspomina. Miała tylko siedem lat, gdy Tata zmarł, ale zdążył zapisać się w jej sercu. Dzisiaj rano zadzwoniła z pytaniem, o której idziemy na cmentarz.  Pójdziemy razem z wnukami zapalić Tacie światło. Mój starszy wnuk zna pradziadka z opowiadań. Wie, że jego pradziadek był dobrym, życzliwym człowiekiem, który marzył, żeby zostać lotnikiem. Niestety wojna pokrzyżowała jego plany. Nie zdobył też formalnego wykształcenia, chociaż lubił się uczyć i miał ogromną wiedzę z historii, geografii i przyrody, ale zawsze dzielnie się mierzył ze swoim losem. Ciężko pracował, żeby utrzymać rodzinę, wybudować dom. W niedzielę, jedyny dzień gdy nie pracował od rana do nocy, czytał książki, gazety, magazyny.  Był ciekawy świata. Niedługo historię pradziadka pozna też mój młodszy wnuk, żeby miał z czego czerpać. Bo chociaż dumnym można być tylko z siebie, to mieć w rodzinie takich ludzi, jak mój Tata, to jednak honor. 

Mnie Tata zawsze imponował i wciąż jeszcze myślę, co by zrobił, co by powiedział. Tata bez wychowywania mnie, dużo mnie nauczył. Na przykład, pamiętam, jak mówił, że z człowiekiem można zrobić tylko tyle, ile ten sobie pozwoli. I udowodnił to, gdy stracił pracę. Kiedy został zwolniony dyscyplinarnie, bo postawił się partyjnemu sekretarzowi, nie pozwolił, żeby potraktowano go  jak śmiecia. Podał firmę do sądu i po 13 miesiącach sprawę wygrał. Został przywrócony do pracy, a to był rok 1969. Dlatego ja prawie pięćdziesiąt lat później chodziłam na manifestacje w obronie wolnych sądów. To, jak Tata traktował swoją żonę, nauczyło mnie czego mam wymagać od swojego męża. Poczucie humoru też odziedziczyłam po tacie. 

Pamiętam, jak na weselu Tata rozmawiał z moim nowo poślubionym mężem.

- Widzi Tata, jak mi się udało, będę miał wspaniałą żonę? - powiedział mój chwilowo wniebowzięty mąż.

- Ja widzę, ale ty dopiero zobaczysz, więc ciesz się dopóki możesz - odpowiedział świeżo upieczony teść.
Zaczęłam się śmiać, ale mojemu mężowi nie za bardzo spodobała się odpowiedź teścia.

- Co Tata mówi, przecież Barbara jest wspaniała -  protestował.

- Teraz to już musisz tak mówić i lepiej żebyś tak myślał - powiedział Tata. 

Coś mi się wydaje, że przez te 40 lat naszego małżeństwa mój mąż nie raz pomyślał, że jego teść był mądrym człowiekiem, chociaż wychował mu nieusłuchaną żonę.

Kiedy jeszcze pisałam na Interii jako dziennikarz społeczny wspominałam mojego Tatę. TUTAJ są dwie historie o duchach i opis snu, w którym żegnałam się z Tatą.

I na dzisiaj to by było na tyle.

niedziela, 6 września 2020

Znowu ta czwarta nad ranem, ale trzeba to obśmiać

Dzisiejszy dzień nie zaczął się miło ani nawet dobrze, za to zaczął się wcześnie. O czwartej rano obudziło mnie kołatanie serca, duszność i przykre wrażenie, że mózg mi się cofa i tonę w szarości. Tym, którzy mają chore serce nie muszę tłumaczyć, jak wyglądają takie sercowe manewry. Na ostatnich nogach dopadłam do drzwi balkonowych i otworzyłam je na oścież. Chłodne powietrze pozwoliło mi złapać oddech. Na trzęsących się nogach wróciłam do łóżka i sięgnęłam po zestaw ratunkowy tj. leki antyarytmiczne i saszetkę z elektrolitami. Potem to już trzeba było tylko głęboko oddychać, uspokoić się i przeczekać. Uspokoić się, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mój kardiolog wyjaśnił mi kiedyś, że ten lęk jest indukowany przez chore serce. Zupełnie jakby organ dawał znać" człowieku, coś złego się dzieje". Oczywiście niedotlenienie i świadomość, że ta nasza życiowa pompka może kiedyś stanąć, też robi swoje. Na lęki najlepsze jest odwrócenie uwagi, więc czym prędzej sięgnęłam po książkę. Z półki przy łóżku złapałam pierwsze co mi wpadło w ręce. I proszę, "Różowe tabletki na uspokojenie" Krystyny Jandy. Przypadek, czy co? Jak widać na zdjęciu książka jest mocno sfatygowana, bo noszona była w torebce i czytana w kolejkach do lekarzy w czasie, gdy zdrowie mocniej mi się posypało. Ale ten zbiorek felietonów dawno już był przeczytany i przemyślany, więc leżał sobie gdzieś wysoko na regale i pokrywał się kurzem. Na półkę przy łóżku, trafił przypadkowo po przeprowadzce do nowego domu. Przez kolejny przypadek książka otworzyła mi się akurat na felietonie, w którym Janda porusza temat bezsennych nocy, życiowych podsumowań oraz namawia do serdecznego śmiechu i zachowania dystansu do naszych niepokojów. No i pięknie. Mnie bardzo namawiać nie trzeba, bo kocham się śmiać. A że umiem się śmiać z samej siebie, to nigdy nie brakuje mi powodów do śmiechu. 

Jeżeli nie czytałyście tej książeczki to polecam. Na pewno można ją kupić za grosze. Lubię Jandę literatkę chyba nawet bardziej od Jandy aktorki, ale najbardziej lubię ją jako człowieka. Bo lubię ludzi prawdziwych, żyjących z pasją, rozwijających swoje talenty i podchodzących z życzliwością do ludzi, a Krystyna Janda spełnia te wszystkie warunki.

Serce się uspokoiło i wolno toczy się deszczowa niedziela. Jak tylko trochę przestanie padać, to wezmę kije i pójdę na długi spacer. W końcu sercu trzeba pomagać "póki serce, tak taktowne służy rytmu tłem" .









I na dzisiaj to by było na tyle.